Jeszcze tylko dwa dni. Wyciągamy z szafy buty górskie, płetwy, mapy i plecaki. Za jednym razem obskoczymy Bieszczady i Bałtyk. I to w tym samym czasie! Cud podziału, żona nad morzem a ja w górach.
Chodzimy na palcach w oczekiwaniu. Już nic nie warto zaczynać, bo przecież niedługo nas nie będzie. Lodówki nie zaopatrujemy, po co ma zostawać i się psuć? Brakuje tylko, żebyśmy posprzątali, popodlewali i zamknęli dom, czekając pod drzwiami do soboty.
Ważymy w myślach lektury: to za ciężkie klimatem, tamto grubością. Cuda kompresji dopiero się zaczną pod szyldem: jak zmieścić całą ambicję, wygodę i uniwersalność w plecaku? Podejrzewam, że mi pójdzie łatwiej, bo mam męski wyjazd i nikt nie będzie się dziwił, jak nie zabiorę ręcznika czy drugiej pary skarpet. Żona pakuje się za dwóch (dwie, dwoje) i nie jest lekko, że dyskretnie pominę rolę prowiantu.
Pozorujemy odcięcie od cywilizacji, co oznacza, że z sieci będziemy korzystać z kafejek (nad morzem) lub przez telefon (w górach).
środa, 24 czerwca 2009
sobota, 20 czerwca 2009
Bez Picarda też dają radę
Star Trek jest świetny!
Miało być długo, dogłębnie i wnikliwie, ale sobie sam każdy zobaczy i rozwinie.
Napomknę dyskretnie tylko o całkiem nowej jakości na pokładzie. Mamy poczucie humoru! Jest trochę zabawy konwencją, trochę przełamania sztywnych ram kolorowych trykotów, wesoły i niegłupi główny bohater. A jak pada: Będę monitować twoją częstotliwość - już wiemy, że Star Trek stary, a trzyma się nieźle.
Miało być długo, dogłębnie i wnikliwie, ale sobie sam każdy zobaczy i rozwinie.
Napomknę dyskretnie tylko o całkiem nowej jakości na pokładzie. Mamy poczucie humoru! Jest trochę zabawy konwencją, trochę przełamania sztywnych ram kolorowych trykotów, wesoły i niegłupi główny bohater. A jak pada: Będę monitować twoją częstotliwość - już wiemy, że Star Trek stary, a trzyma się nieźle.
Krucjata na śniadanie
Odprowadziłem z rana żonę, wyszedłem z psem, zjadłem śniadanie i pomyślałem: może zdobędę jakiś zamek? Włączyłem Twierdzę: Krzyżowca, poszło gładko, przed dziesiątą byłem już pogromcą dwóch wrogów, ich warownie legły w gruzach a kości rozszarpały wilki. Wyłączam, a gra się pyta: Udajesz się na spoczynek, mój Panie? Nie, cholera, do pracy!
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Rekolekcje gądkowskie cz. 2 - dzicz
Po przyjeździe do Gądkowa zawsze jestem przekonany, że w takim miejscu mógłbym lekką ręką spędzić resztę życia. Zachłystuję się zielenią, błękitem przechodzącym w biel, wzburzoną powierzchnią jeziora; nawet górą drewna, którego nie ma kto porąbać. Potem przychodzą dni kolejne, impet opada w tempie geometrycznym, i sam już nie jestem pewien, czy to miał być Gądków, Gibraltar czy Lord Howe.
Pamiętam, jak całkiem niedawno ojciec mój uczył mnie kosić kosą. Miał przy tym wiele ubawu, bo do tej pory oglądałem kosę tylko na filmach lub w komórce jako relikt z ery przedkosiarkowej. Mówił mi: jak miałem osiem lat, mój kolega, Witek Podbierak, tak się kosą zamachnął że uderzył w ziemię, a z kosy zrobiła się harmonijka. Kurcze, pomyślałem, jak ja miałem osiem lat to potrafiłem skasować bilet w autobusie albo wcisnąć odpowiedni przycisk w windzie (dopóki się nie zaklinowała, co stało się traumą na długie lata). Kosa to ekwipunek z całkiem innego świata.
Siedzę więc, i uczę się dziczy. Ojciec do niej tylko wraca, a dla mnie to każdorazowo odkrycie. Zostawiam moje naturalne środowisko, bezpieczne nocne oświetlenie i opryski na owady. Zakładam stare spodnie i ciężkie buty, bo w dziczy trzeba się znorać, wytarzać, spocić i zmęczyć, tak aby po powrocie do domu czuć ją w mięśniach, na skórze, na dłoniach. Nie przejmuję się otarciami, ranami nabytymi w boju jeżynami, nie biorą mnie kleszcze czy brudne skarpetki. Bo za kilka dni, może nawet jutro, wracam do domu. Wszystko wyczyszczę, wypiorę, poleję woda utlenioną, odpalę laptopa i sprawdzę możliwe powikłania.
Przypuszczam, że dzicz istnieje dla mnie w tej chwili wyłącznie jako tymczasowość. Może sięgać tygodni lub nawet miesięcy, ale najważniejsza jest szansa powrotu. Może kiedyś, może już niedługo mi się odmieni, zmęczony życiem ojciec wielkiej rodziny zapragnie spokoju. Póki co tak po prostu siąść i się odciąć, raz na zawsze i nieodwołalnie - zbyt wcześnie.
Pamiętam, jak całkiem niedawno ojciec mój uczył mnie kosić kosą. Miał przy tym wiele ubawu, bo do tej pory oglądałem kosę tylko na filmach lub w komórce jako relikt z ery przedkosiarkowej. Mówił mi: jak miałem osiem lat, mój kolega, Witek Podbierak, tak się kosą zamachnął że uderzył w ziemię, a z kosy zrobiła się harmonijka. Kurcze, pomyślałem, jak ja miałem osiem lat to potrafiłem skasować bilet w autobusie albo wcisnąć odpowiedni przycisk w windzie (dopóki się nie zaklinowała, co stało się traumą na długie lata). Kosa to ekwipunek z całkiem innego świata.
Siedzę więc, i uczę się dziczy. Ojciec do niej tylko wraca, a dla mnie to każdorazowo odkrycie. Zostawiam moje naturalne środowisko, bezpieczne nocne oświetlenie i opryski na owady. Zakładam stare spodnie i ciężkie buty, bo w dziczy trzeba się znorać, wytarzać, spocić i zmęczyć, tak aby po powrocie do domu czuć ją w mięśniach, na skórze, na dłoniach. Nie przejmuję się otarciami, ranami nabytymi w boju jeżynami, nie biorą mnie kleszcze czy brudne skarpetki. Bo za kilka dni, może nawet jutro, wracam do domu. Wszystko wyczyszczę, wypiorę, poleję woda utlenioną, odpalę laptopa i sprawdzę możliwe powikłania.
Przypuszczam, że dzicz istnieje dla mnie w tej chwili wyłącznie jako tymczasowość. Może sięgać tygodni lub nawet miesięcy, ale najważniejsza jest szansa powrotu. Może kiedyś, może już niedługo mi się odmieni, zmęczony życiem ojciec wielkiej rodziny zapragnie spokoju. Póki co tak po prostu siąść i się odciąć, raz na zawsze i nieodwołalnie - zbyt wcześnie.
poniedziałek, 8 czerwca 2009
Ile kosztują marzenia?
Znamy Katedrę? Podobała się przewrotna Sztuka spadania? Gut, bo jest już nowa praca Tomka Bagińskiego - Kinematograf.
Historia jak zwykle niezwykła, bardziej jeszcze niezwykłe wykonanie. Trailer krótki, treściwy i zachęcający do zobaczenia całości już za niecały miesiąc - w kinach. Oczywiście metraż krótki też.
Oficjalna strona projektu: tutaj
Historia jak zwykle niezwykła, bardziej jeszcze niezwykłe wykonanie. Trailer krótki, treściwy i zachęcający do zobaczenia całości już za niecały miesiąc - w kinach. Oczywiście metraż krótki też.
Oficjalna strona projektu: tutaj
piątek, 5 czerwca 2009
Zwierzęta, Żuki i Trolle, w sumie jeden pies
THE ANIMALS - I'm Crying (1964)
The Beatles - I Wanna Hold Your Hand
Czasy, z których pochodzą te teledyski są już właściwie domeną archeologów. Chłopaki zakuci w sztywne zbroje angielskich garniturków, z ekspresją kija od szczotki lekko podrygują na ugiętych nogach, trzymając swoje wiosła jak wypolerowane na musztrę strzelby. Wszystko wymierzone od linijki, włącznie z grzywkami i maślanymi oczami Paula McCartneya. W nagrodę dostają bezcenne piski, spazmy i zawodzenia, bez których z całą pewnością uszło by ich uwadze uwielbienie publiczności.
Współcześnie zespoły pozwalają sobie na dużo większą ekspresję.
FINNTROLL - Trollhammeren
Zespół pochodzi z Finlandii, a jak wiadomo - Skandynawowie robią metal jak nikt! Ma wesołą historię (wokalista stracił dożywotnio głos po pięciu latach występów a gitarzysta spadł z mostu i się zabił) oraz pokrzepiające teksty o królestwie Trolli, które kiedyś wyjdą i staną do walki z Chrześcijaństwem. Poza tym niewiele różnią się od chłopców z Brytanii, chyba tylko ilością spożywanego alkoholu, w której to dyscyplinie Finowie ponoć przebijają braci ze wschodu.
Za materiał wielkie dzięki thymirowi.
The Beatles - I Wanna Hold Your Hand
Czasy, z których pochodzą te teledyski są już właściwie domeną archeologów. Chłopaki zakuci w sztywne zbroje angielskich garniturków, z ekspresją kija od szczotki lekko podrygują na ugiętych nogach, trzymając swoje wiosła jak wypolerowane na musztrę strzelby. Wszystko wymierzone od linijki, włącznie z grzywkami i maślanymi oczami Paula McCartneya. W nagrodę dostają bezcenne piski, spazmy i zawodzenia, bez których z całą pewnością uszło by ich uwadze uwielbienie publiczności.
Współcześnie zespoły pozwalają sobie na dużo większą ekspresję.
FINNTROLL - Trollhammeren
Zespół pochodzi z Finlandii, a jak wiadomo - Skandynawowie robią metal jak nikt! Ma wesołą historię (wokalista stracił dożywotnio głos po pięciu latach występów a gitarzysta spadł z mostu i się zabił) oraz pokrzepiające teksty o królestwie Trolli, które kiedyś wyjdą i staną do walki z Chrześcijaństwem. Poza tym niewiele różnią się od chłopców z Brytanii, chyba tylko ilością spożywanego alkoholu, w której to dyscyplinie Finowie ponoć przebijają braci ze wschodu.
Za materiał wielkie dzięki thymirowi.
czwartek, 4 czerwca 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)
