środa, 12 sierpnia 2009

Rodrigo y Gabriela

Najpierw wideo, żebyście zobaczyli co potrafią.




Drugie po to, żebyście posłuchali naprawdę bardzo przyzwoitej solówki, którą równie przyjemnie się ogląda.



Słowo o nich:
Nazywają się Rodrigo Sánchez oraz Gabriela Quintero. Poznali się w Meksyku. Ponoć mieszkają obecnie w Dublinie. Na swoim koncie mają sporo coverów, wydali cztery płyty. Nam udało się zassać ostatnią: "Rodrigo y Gabriela".

Golonkę masz pan...

Ja wiem, że pewnie wszyscy to już znają.
Tak tak, jest zły, potworny. Mam nadzieję, że szybko odejdzie w zapomnienie.
Ale ile można poważnie traktować metal, do cholery?

Dzięki Komściaki, Behemoth pycha!

Prawdziwe zdziwienie

Czasami przypadkowe spotkania mogą dać do myślenia. Zdarzyło się to w połowie lipca. Na basenie we Wrocławiu (a dokładniej w aquaparku, który od basenu różni się tym, że nie można w nim normalnie pływać) spotkaliśmy znajomą - w ciąży. Jak to bywa w takim przypadku wymieniłyśmy standardowe pytania.
Ona: W którym jesteś miesiącu?
Ja: W piątym. A Ty?
Ona: W ósmym.
Ja: O! To na kiedy masz termin?
Ona: Na wrzesień.
Ja: A ja na październik...

I tu mnie tknęło jakieś okołomatematyczne przeczucie, że jedna z nas się musi mylić. Myślałam intensywnie, myślałam i wymyśliłam, że skoro w maju byłam w piątym miesiącu, to w połowie lipca już niekoniecznie. Wierzcie lub nie, ale ogromnie mnie to zaskoczyło.

Tym bardziej zaskakująco brzmią statystyki na dziś.
Zostało mi/nam już 8 tygodni - jeśli chodzi o dokładne daty, bo jest to oczywiście czas przybliżony i to z dużym zapasem. Szacunkowo licząc zostały 4 do 10 tygodni.
Są dni, że to za dużo, ale czasem, strasznie mało.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Musztarda po obiedzie...

...czyli spóźniona relacja z koncertu U2, Chorzów, 06.08.2009.

Myśl masowa
Kiedy dotarliśmy do Chorzowa było po 13.00, pora jak znalazł na drugie śniadanie, lub obiad dla tych, co od siódmej w pociągu, a potem jeszcze samochodem. Udaliśmy się więc, drogą minimalizmu i wygody, do pobliskiego marketu. Kolejka do jedynej sensownej jadłodajni w obiekcie przytłoczyła nas, jednak to co działo się w drodze do toalet było przewrotną zapowiedzią tego, co nas czeka: kilkadziesiąt osób lekką ręką, rzecz jasna w przytłaczającej większości płci pięknej. Dzięki temu pierwszemu dowodowi, jak i kilku późniejszym, odkryliśmy wielką maksymę imprez masowych: jeśli wpadniesz na jakiś oryginalny pomysł, kilka tysięcy osób na pewno zrobi to samo.

Konsumpcja, produkcja...
Około 15.00 rozpoczęliśmy najbardziej żywotną czynność na wszystkich koncertach - czekanie. Czekaliśmy, aż nas wpuszczą, potem czekaliśmy aż zagra support, potem na U2, na wyjście ze stadionu, wyjazd z parkingu... Impreza tego typu to w 3/4 czekanie, trzeba mieć zdrowie i mocne nerwy, bo zawsze znajdą się buraki wpychające przed ciebie do kolejki, i jak tu takiemu nie przyłożyć, gdy kwitniesz już od dwóch godzin, a taki przychodzi...
Głównym zajęciem podczas czekania jest produkcja śmieci poprzez konsumpcję. Ci z tyłu mają najgorzej, bo muszą przedzierać się przez stale rosnące zaspy butelek, worków foliowych i drugiego śniadania. Dobrze być na trzytysięcznym miejscu w kolejce, jeszcze są miejsca, gdzie stopą łatwo wyczuć grunt.
Ponoć po koncercie zebrano ponad 25 ton śmieci. Może to zdumiewać tylko laików, którzy nie wiedzą, że po meczach ligowych jest ich dwa - trzy razy więcej.

Być jak Mojżesz
Po zajęciu strategicznych pozycji niedaleko sceny, mieliśmy jeszcze jakieś dwie godziny do supportu (grał Snow Patrol, całkiem przyzwoity brit pop jeśli mam być szczery). Po godzinie stania, która jako czynność sama w sobie jest arcynudna, stwierdziłem że mam dość, człowiek nie wielbłąd, zresztą warto zobaczyć cokolwiek, więc heja, zacząłem się wyciskać z tłumu jak pestka z arbuza. Połaziłem, doceniłem żart sprzedawców oferujących pizzę za 10 zł kawałek (ten maleńki trójkącik na jeden ząb) i zacząłem żmudny proces szturmowania toalet. Między mną a miejscem docelowym - potworne mrowie. Nagle, gdy zrezygnowany nie wiem, czy się wycofywać, czy brnąć dalej, ludzkie morze się rozstępuje, i w ciągu kilku sekund droga staje otworem, wysypana złotym piskiem, cud. Na scenę weszli technicy, a wszyscy myśleli, że to już...

Danie główne
Koncert - pycha! Nie ma co pisać, bo.

Deser - droga mleczna
Ułożona z świecących telefonów komórkowych. Chyba nie było na koncercie osoby bez. Już to pisałem, ale naprawdę mnie poraziło.



Deser - laserjacket
Bono miał kurtkę. Kurtka, jak kurtka, nic wyjątkowego (poza tym, że dotykał jej Bono). Ale gdy pod koniec koncertu ją włączył, tak tak, włączył kurtkę, to się okazało. Kurtka wyposażona była w lasery, wszyte na wierzchu ramion i bokach ciała. Gdy wchodził we mgłę, wyglądało, jakby miał ogromne, szmaragdowe kolce, albo skrzydła z paciorków.



Long way home
Kiedy zaczęliśmy odwrót, przemyślnie wcześniej, aby nie było tłumów, zgodnie z koronną zasadą imprez masowych - kilka tysięcy osób zrobiło to samo. Drepcząc jak pingwiny wydostaliśmy się ze stadionu. Pierwszy raz od wielu godzin nikt się o nas nie ocierał, nie popychał i nie wbijał łokcia w żebra. Nogi mieliśmy głęboko, więc dowlekliśmy się do samochodu, nie świadomi tego, że przyjdzie nam jeszcze ponad dwie godziny wyjeżdżać z parkingu.
Z Wrocka musiałem się jeszcze tułać nieprzytomnie do Gór Zielonych, a tam Sklepy Elektronowe, bezwzględni klienci i piasek pod powiekami. Ale to drob nos tki.

Postanowienia na przyszłość
- jeden koncert na rok to i tak sporo - nieodwracalna strata słuchu, miejmy litość dla bębenków
- parkuj dalej, wyjeżdżaj szybciej - łatwiej podejść przed koncertem, niż kwitnąć po nim
- miejsca siedzące nie są takie głupie - może daleko, ale jaki komfort

piątek, 7 sierpnia 2009

Dzień, w którym byłem na koncercie trwa nadal - U2

Uszy jeszcze nie całkiem działają, po rozprasowaniu ich decybelami z głośników wysokich prawie na dwa piętra, a osiem ich było a my bez szans; aż śledziona się ruszała w rytm basów.

Jeszcze nie spałem, więc w głowie ciągle gra U2, gra No line on the horizon, przy którym gardło zdarłem sobie do szczętu, choć kawałek raczej średni, ale panie, na koncercie brzmi bezwzględnie zachwycająco.

Jak przymykam ciężkie powieki, a chciałbym tak je przymknąć na kilka godzin z rzędu, widzę girlandy świateł Mlecznej Drogi, utworzonej z tysięcy świecących telefonów. Obrotowa scena - rewelacja, opuszczany, cylindryczny telebim - super, ale kiedy wokół ciemno i powódź małych światełek zalewa stadion - to najlepsze wspomnienie z całego koncertu. Trybuny pogrążone w inwazji świetlików. Może z tymi telefonami wymyślili trochę popkulturowo, ale niech to diabli, jeśli efekt nie był piorunujący.

Wyczerpująca relacja nastąpi jak bedę mniej wyczerpany.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Podejżane spotkania parkowe

Poszedłem do parku, zaczerpnąć świeżego powietrza i wysikać psa. Pomyślałem: niech zwierz ma coś z życia, wezmę książkę, posiedzę z godzinkę, pobiega, pohasa, zmęczy się wreszcie, a nie tylko takie siedzenie w domu i gryzienie skarpetek. W czasie tego krótkiego pobytu dostąpiłem dwóch znacznych zdziwień co do natury psa i ironii losu.

Od kiedy usiadłem, Bomba odkryła pewnie Miejsce. Miejsce było położone tuż opodal epicentrum grasowania wiewiórek, które, bezczelne, nie chciały ani na chwilę zejść. Biedny Bombel, aż trząsł się z chęci nawiązania bliższych relacji towarzyskich z osobnikami prawdziwie rudymi, te jednak miały ją za nic. Pewna starsza para, przechodząc tuż obok, była bardzo zatroskana, że piesek się tak telepie, pewnie ze strachu, albo z zimna, biedna sarenka. Tak czy owak, przez cały pobyt w parku pies nie ruszył się ani na wyciągnięcie łapy ze swojego punktu obserwcyjnego, co, jeśli chodzi o naukę polowania, należy jej poczytać na plus, jednak plan tego spaceru był odrobinę inny.

Poza wiewiórkami, w parku grasują też Jehowi. Urocza para, tym razem młodych ludzi, ubranych prosto acz schludnie, zawinęła do mnie z pytaniem, czy warto współcześnie czytać Biblię. Odpowiedziałem, że pewnie tak, ale w tej chili jestem pogrążony w lekturze Kretochłonów, który już sam tytuł wywołał u nich pewne zmieszanie (może oni coś wiedzą?!). Kiedy pośliznęli się na własnej uprzemości, pytajac grzecznie i samobójczo o czym jest owa książka, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że o geologicznie starych, oślizłych i plugawych sworach, które, drążąc tunele pod całą palnetą, planują jej zagładę do spółki z Przedwieczymi Bogami, bluźnierczymi i szalonym acz tymczasem uwięzionymi... Poszli szybciutko, choć nieomieszkali zosatwić gazetki. Ciekawe, że w parku była zajęta co druga ławka, a ci musieli wybrać tak pechowo.

Lucyferyzm ciemni

Są dwie sprawy, techniczne, nie ukrywam, które ostatnio nurtują mnie w ciemni:

1. jak pozbyć się szatańskiego zapachu rąk, które czuć siarką nawet wiele godzin po? Wiadomo, że utrwalacz, wiadomo, że nie w rękawiczkach, nie wiadomo tylko jak pozostać człowiekiem, że tak to ujmę.

2. przerywanie jest emocjonujące jak czyszczenie kompostu, od kiedy zamiast regularnego przerywacza używam octu w stężeniu 1:1. Nie sądziłem, że w ciemni może tak upiornie cuchnąć, co na dłuższą metę staje się mało komfortowe. Póki nie mam przerywacza chętnie dowiem się, z czego go zrobić, za wyjątkiem octu (i wody).

W kościach czuję, że wieczory, gdzie tylko ja i powiększalnik, niedługo się skończą, tak za jakieś sześć tygodni...