piątek, 8 stycznia 2010

Prywata

Namnożyło się prywaty na blogu. Konkursy jakieś chcemy wygrywać, fuj. Tak jest już ten internetowy świat zbudowany, że bez linkowania i klikania się nie obejdzie. I już.

Tak zupełnie prywatnie chciałam się pochwalić, że Basia dzisiaj po raz pierwszy się roześmiała i chyba ma gilgotki. Bardzo to miła odmiana od tego co się dzieje wieczorami i co może być jutrzenką ząbkowania.

I prywata ostatnia. Wszystkim, którym tego nie zrobiłam chciałam złożyć serdeczne życzenia urodzinowe i noworoczne. Naprawdę o was pamiętamy, pamięć tylko gubi się czasem między jedną pieluszką a drugą (tak legniczanie, również was mam na myśli, a z Zielonogórskim Elementem Tradycyjnym mam nadzieję się spotkać niedługo).

czwartek, 7 stycznia 2010

Historia pewnego telefonu

Cztery lata temu stałem się szczęśliwym posiadaczem Sony Ericssona P800, o którym warto wiedzieć tyle, że miał dotykowy wyświetlacz i system operacyjny Symbian. Poza tym nic nadzwyczajnego sobą nie reprezentował, chyba że chodzi o konkurencję na największą cegłę wśród komórek. No i odporność. Spadał na różne powierzchnie, był rzucany i miażdżony, i dopiero niecałe dwa tygodnie temu udało mi się go załatwić, w dodatku upadkiem na miękkie drewno i z wysokości pół metra. Widać miał już dość takiego traktowania. Tak czy inaczej potraktowałem to jako doskonałą okazję do spełnienia jednego z moich dawnych marzeń odnośnie posiadanych telefonów - zakupu HTC.

HTC to, dla wszystkich niezwiązanych z tematem, producent smartphonów, innymi słowy telefonów ze wszystkim, od głupiego odtwarzacza mp3 po pakiet office. Kupiłem taki wypasiony, w pełni dotykowy z Windowsem Mobile w wersji najnowszej. Przechodząc przez wszystkie fazy fascynacji nowym gadżetem bawiłem się nim w każdej wolnej chwili a mój zachwyt, pielęgnowany od wielu lat, topniał jak bałwan w słońcu.


Wszystko - to zdecydowanie za dużo. WiFi w telefonie to bajer typu ja mam a ty nie. O używaniu Worda czy Exela nie wspomnę z litości, bo nie da się ich usunąć a zajmują bezcenne miejsce w pamięci telefonu. O delirkę przyprawiają regularne komunikaty związane niskim poziomem pamięci operacyjnej, rodem z win 95. Analogii do archaicznych komputerów jest zresztą sporo i sprzęt wykazuje wiele wad pecetów sprzed dziesięciu lat. Z tą różnicą, że jest przenośny. Rzeczy potrzebne w większości wypadków są potwornie skomplikowane (np. wysłanie komuś numeru z własnej książki telefonicznej to 10 minut roboty). Proste są tylko bzdety: aktualna pogoda w Londynie, obracanie ekranu i reset.

Z tym resetem to już w ogóle jest historia: producent zadbał o trzy możliwe drogi resetowania urządzenia. Widać znał możliwości Win Mobile.

Telefon dostałem w poniedziałek. Dzisiaj już został sprzedany. Była to najkrótsza przygoda z komórką, jaką do tej pory miałem, jak również najbardziej zaskakujące odkrycie, że coś, na co czeka się całe lata przy bliższym poznaniu może okazać się totalnym niewypałem.

Uli się podobał. Miał grę w balony, w sam raz przy karmieniu Basi.

Dwoistość życia

Jest źle.

W kinach grają Avatara i Parnassus. Basia nie należy do dzieci wytrzymujących trzy godziny w jednym miejscu. Ta opozycja doprowadza młodych rodziców do płaczu.


środa, 6 stycznia 2010

Przyjemności odległe i przyziemne - Moon i Decameron

Krótko i treściwie, bo męczę się z tym od kilkunastu minut i nic inteligentnego mi nie wychodzi:

Moon - świetny film. Obejrzeliśmy przede wszystkim dlatego, że w czołówce pojawiło się nazwisko Clinta Mansella jako twórcy muzyki, a po Fontaine i Requiem jest to kompozytor, który nie ma sobie równych w muzyce filmowej. Tytuł filmu nieskomplikowany za to fabuła jak najbardziej. Rzecz się dzieje w nieodległej przyszłości. W bazie na księżycu, nadzorującej wydobywanie alternatywnych źródeł energii dla Ziemi, pewien człowiek marzy o powrocie do domu po trzyletnim kontrakcie. Opuszczenie bazy okazuje się jednak nie takie proste, a sztuczna inteligencja, jak zawsze, dowiedzie swojej przewrotnej natury. Pod tym tematem reżyser drąży całkiem ciekawe zagadnienia, co każdy sobie już sam zinterpretuje na własne, zgrabne, kopytko.

Dekameron / Virgin Territory - lekkie, pikantne, wesołe i bez przesadnej puenty, dzięki czemu w sam raz nadaje się na finisz męczącego dnia. Niehollywoodzkie kino na motywach powieści Boccaccia, ciachanie szpadami w trakcie pogawędki, bezpardonowość seksualna, jednym słowem - dobre z przymrużeniem oka. Niektórym może przeszkadzać młody Lord Vader w głównej roli włoskiego amanta, jednak jest to wyłącznie kwestia zboczenia dotyczącego Gwiezdnych Wojen.



Zielony album

Basia dostała go od Magdy i Trola. Chwalę się nim z dwóch powodów.
Po pierwsze, bo mi się bardzo podoba.



Po drugie, bo chcę wygrać różne słodkości. Dlatego zamieszczam linka (ukrytego w obrazku) na stronę zielonookiej, która jest twórczynią albumu.

niedziela, 3 stycznia 2010

Zimowe futrzaki



Być może nadejdzie taki moment, kiedy to ona będzie górować nad misiami.
Kto wie?

I tak właśnie zaczynamy...

Miało być cicho i spokojnie, tylko my, Basia i Zielonogórski Element Tradycyjny; czerwony barszczyk, potem koniaczek i gry planszowe od lat 12. Aż tu nagle, nie wiadomo jak i kiedy, wylądowaliśmy w Marczowie, który miał być zasypany śniegiem a nie był, bo wszystko wydmuchało do województwa lubuskiego. W domu marczowskim u Ekowujka i Ekocioci, której kurczaki panierowane będziemy wspominać cały rok ze smakiem. Ze skromnych planów zrobiła się wielka przygoda, spacery po zamarzniętych polach i przedzieranie przez dzikie ostępy, gdzie niechybnie zginęli byśmy wszyscy, gdyby nie Ekowujek i jego miecz plazmowy, kładący pokotem zastępy wrogo nastawionych zarośli.

Przeliczyłem się odrobinę jeśli chodzi o wyporność towarzystwa na gry planszowe. Większość, po kilku godzinach grania, zaczęła symulować mnóstwo ważnych zadań, które natychmiast muszą wykonać. Namawianie i różne formy nacisku lub przekupstwa niewiele dawały, więc na placu boju zostaliśmy z Marką sami, głodnym wzrokiem wypatrując kogoś, kto nierozsądnie zacznie wykazywać objawy posiadania wolnej chwili. Wtedy go cap, do stołu i szybka partyjka w Mag Blasta gotowa.

Żeby po równo rozwijać umysł i ciało, już w dzień wyjazdu poszliśmy przeżyć śnieżną przygodę. Znajdowała się ona tuż za rogiem domu, miała kilkanaście metrów wysokości ustawionych, zdaniem Michała, pod kątem co najmniej 45 stopni, co dawało jakieś trzy sekundy jazdy na worku foliowym. Może się wydawać, że trzy sekundy to niewiele, ale jeśli osiąga się w pierwszej prędkość podświetlą, w drugiej traci nadzieje na finał w jednym kawałku, a w trzeciej odkrywa, że albo hamujemy całym ciałem (pozycja żaby) albo witamy z tylną ścianą domu - to te trzy sekundy są aż nadto, aby adrenalina skoczyła do poziomu znanego tylko kaskaderom i poskramiaczom dzikich lwów. Na trasie biegały psy, co dodawało zjazdom niebagatelnego uroku (widok psa w trakcie zderzenia jest nie do podrobienia, łapy w górze, zdziwienie człowieka, piękne!).

Marczów opuściliśmy z żalem. Gospodarze odetchnęli z ulgą, choć szlachetnie nie dali tego po sobie poznać. Jeśli Nowy Rok w jakikolwiek sposób stanowi wróżbę na nadchodzące dwanaście miesięcy, to patrzymy na nie z nieukrywaną nadzieją.