Hydra podrzuciła mi dzisiaj "Metro". A tam czytam: Doniesienia z Tybetu są niepokojące: Chiny skierowały tam wojsko i zamknęły region dla cudzoziemców. Dlaczego?
Oczywistym powodem wydaje się Święto Losaru, czyli ich Nowy Rok. Tybetańczycy nie chcą go celebrować, gdyż, zgodnie z tradycją, nie obchodzi się święta po śmierci bliskiej osoby. A w zeszłym roku Chińczycy zamordowali dziesiątki Tybetańczyków. Chinom się to nie podoba, więc planują zmusić ludzi do świętowania, co już samo z siebie jest niewąskim absurdem. Niemniej nie tłumaczy to zbrojnej interwencji.
Czego się Chiny boją? - pyta autorka artykułu. Moim zdaniem - absolutnie niczego. Ot, po prostu metodycznie eksterminują Tybet. Żadna rewolta im nie grozi, może byc co najwyżej pretekstem do całkowitego skąpania Tybetu we krwi. I obym się mylił.
Tybetańczycy są jak pantery śnieżne. Cudownie się na nie patrzy, obserwuje ich zachowania i szanuje zwyczaje. I równie jak pantery są skazani na wymarcie. Chociaż nikt tego nie chce, i wszyscy będą żałować.
środa, 25 lutego 2009
środa, 18 lutego 2009
Apetyt na małże
Staję przed ladą, co by obejrzeć mnogość pierogów i innych dań dla tych, co akurat nie mają dziś ochoty/czasu gotować. Jest tam też kilka pojemniczków z owocami morza. Czasem rzucam na nie okiem, co by przypomnieć sobie, jak bardzo ich nie lubię. A dzisiaj? Patrzę i patrzę, i czuję jak zaczynają pracować mi ślinianki. Czym prędzej poprosiłam o pierożki ze szpinakiem i uciekłam. Za późno, smak poszedł za mną, kusi mnie i nęci.
Dopada mnie ostatnio lenistwo większe niż zwykle, rzadko coś tu piszę, a jeśli już to piszę o jedzeniu. To wszystko ma sens, ma nawet swoją nazwę. Ogólnie cieszymy się, chociaż może jeszcze Franciszek nie przypuszcza, co go czeka w najbliższym czasie. Mam oczywiście na myśli próby upichcenia małż. Z nimi może być jak z zastrzykiem. Trochę strach, a potem okazuje się, że nie bolało. Byleby smakowało.
Oczywiście moje życie nie składa się wyłącznie z jedzenia. Wstaję rano, choć mi się nie chce - idę do pracy. Wracam, nic mi się nie chce - siedzę chwilę u Franciszka w sklepie. Wracam(y) do domu na obiad, po obiedzie, to już zupełnie nic się nie chce i czasem idę spać. Budzę się i czasami mi się coś chce.. To może być wolne pół godziny lub godzina, kiedy robię wszystkie te mądre rzeczy, które zaplanowałam na cały dzień. Godzina się szybko kończy i okazuje się, że muszę wychodzić do pracy. A po powrocie?
To oczywiście, że już nic się nie chce.
Teraz jest właśnie ten magiczny moment. Zatem muszę szybko kończyć, bo jeszcze tyle bym chciała...
Dopada mnie ostatnio lenistwo większe niż zwykle, rzadko coś tu piszę, a jeśli już to piszę o jedzeniu. To wszystko ma sens, ma nawet swoją nazwę. Ogólnie cieszymy się, chociaż może jeszcze Franciszek nie przypuszcza, co go czeka w najbliższym czasie. Mam oczywiście na myśli próby upichcenia małż. Z nimi może być jak z zastrzykiem. Trochę strach, a potem okazuje się, że nie bolało. Byleby smakowało.
Oczywiście moje życie nie składa się wyłącznie z jedzenia. Wstaję rano, choć mi się nie chce - idę do pracy. Wracam, nic mi się nie chce - siedzę chwilę u Franciszka w sklepie. Wracam(y) do domu na obiad, po obiedzie, to już zupełnie nic się nie chce i czasem idę spać. Budzę się i czasami mi się coś chce.. To może być wolne pół godziny lub godzina, kiedy robię wszystkie te mądre rzeczy, które zaplanowałam na cały dzień. Godzina się szybko kończy i okazuje się, że muszę wychodzić do pracy. A po powrocie?
To oczywiście, że już nic się nie chce.
Teraz jest właśnie ten magiczny moment. Zatem muszę szybko kończyć, bo jeszcze tyle bym chciała...
piątek, 13 lutego 2009
World Press Photo 2009
Z tegorocznej edycji to zdjęcie rusza mnie najbardziej. Ateny, 9 grudnia 2008 r. Tyle samo grozy co subtelności.
Pozostałe zdjęcia na:
- gazeta wyborcza
- oficjalna strona
Pozostałe zdjęcia na:
- gazeta wyborcza
- oficjalna strona
Rozkosze zabobonów, czyli piątek 13-tego
Wyobraź sobie...
...wychodzisz z domu do pracy. Jest wczesny poranek, tak wczesny, że świecą jeszcze latarnie. Niebo powoli różowieje na wschodzie, jeszcze nieśmiało ale z wyraźną nadzieją na więcej. Ruszasz w drogę, i gdy jesteś już za połową zdajesz sobie sprawę, że nie masz ani dokumentów, ani portfela. Jeśli jedziesz samochodem, masz jak w banku kontrolę policyjną; jeśli tramwajem lub autobusem - kanary. Absolutnie cię to nie dziwi. Więcej - należało oczekiwać, że coś takiego się trafi w Światowe Święto Pecha.
Oczywiście, kanary zapomniały druczków a policjanci długopisów. Niemniej, zanim wybłagasz by cię puścili, mija trzykrotnie czas punktualnego stawienia się do pracy.
Z racji spóźnienia masz urwanie głowy, bo nagle wszystkie sprawy trzeba załatwić natychmiast. Większość klientów żąda faktur, które rzecz jasna wypisujesz ręcznie, bo w drukarce akurat skończył się tusz. Minęły lata od ostatniego ręcznego wypełniania druczków, więc mylisz się nagminnie, powodując wściekłość klientów i frustrację własną. Jeśli masz szczęście, i nie pracujesz w miejscu, gdzie wystawia się faktury, stojąc w kolejce po pączki trafisz akurat na osobę, która bierze czternaście kilo ciasta na wesele. Rzecz jasna na fakturę. A oni też nie mają tuszu...
Jest dobrze, bo wiesz, że to święto ogólnoświatowe. Myśl, że inni cierpią podobnie, dodaje sił.
Twój telefon rozładował się nie wiadomo kiedy, więc nawet nie wiesz, kiedy minęła przerwa obiadowa. Widzisz jednak ludzi usmarowanych keczupem lub oblanych barszczykiem i stwierdzasz w duchu, że w zasadzie da się wytrzymać do końca o kawie i snickersie. O papierosie zapomnij - otwartego ognia nie uświadczysz w promieniu wielu kilometrów.
Tuż przed wyjściem z pracy pojawia się ostatnia seria kontrahentów, którzy ewidentnie czekali aby zaatakować na pięć minut przed końcem. Telefon uparcie dzwoni, znikąd pojawiają się znajomi niewidziani od wielu lat. Opowiadasz im dowcip o blondynkach po czym orientujesz się w nowej fryzurze koleżanki.
Autobus nie przyjeżdża. Tramwaj nie ma ogrzewania a samochód jakiś idiota zastawił i trzeba ci czekać pół godziny zanim łaskawie wróci.
Wracasz późnym wieczorem. Rzeczywistość pecha staje się nudna. Ile można gubić, zapominać, uszkadzać, przewracać, rozlewać i psuć? Okazjonalnie jest to do przejścia, ale całodzienna sztafeta traci na oryginalności. Ważne jednak, że limit niepowodzeń na cały rok został wyczerpany. Lepiej poświęcić jeden dzień, niż być niemile zaskakiwanym w przyszłości.
A teraz wyobraź sobie, że mogło być znacznie gorzej, i zamiast Światowego Święta Pecha mogliśmy mieć np. Światowy Dzień Strachu.
...wychodzisz z domu do pracy. Jest wczesny poranek, tak wczesny, że świecą jeszcze latarnie. Niebo powoli różowieje na wschodzie, jeszcze nieśmiało ale z wyraźną nadzieją na więcej. Ruszasz w drogę, i gdy jesteś już za połową zdajesz sobie sprawę, że nie masz ani dokumentów, ani portfela. Jeśli jedziesz samochodem, masz jak w banku kontrolę policyjną; jeśli tramwajem lub autobusem - kanary. Absolutnie cię to nie dziwi. Więcej - należało oczekiwać, że coś takiego się trafi w Światowe Święto Pecha.
Oczywiście, kanary zapomniały druczków a policjanci długopisów. Niemniej, zanim wybłagasz by cię puścili, mija trzykrotnie czas punktualnego stawienia się do pracy.
Z racji spóźnienia masz urwanie głowy, bo nagle wszystkie sprawy trzeba załatwić natychmiast. Większość klientów żąda faktur, które rzecz jasna wypisujesz ręcznie, bo w drukarce akurat skończył się tusz. Minęły lata od ostatniego ręcznego wypełniania druczków, więc mylisz się nagminnie, powodując wściekłość klientów i frustrację własną. Jeśli masz szczęście, i nie pracujesz w miejscu, gdzie wystawia się faktury, stojąc w kolejce po pączki trafisz akurat na osobę, która bierze czternaście kilo ciasta na wesele. Rzecz jasna na fakturę. A oni też nie mają tuszu...
Jest dobrze, bo wiesz, że to święto ogólnoświatowe. Myśl, że inni cierpią podobnie, dodaje sił.
Twój telefon rozładował się nie wiadomo kiedy, więc nawet nie wiesz, kiedy minęła przerwa obiadowa. Widzisz jednak ludzi usmarowanych keczupem lub oblanych barszczykiem i stwierdzasz w duchu, że w zasadzie da się wytrzymać do końca o kawie i snickersie. O papierosie zapomnij - otwartego ognia nie uświadczysz w promieniu wielu kilometrów.
Tuż przed wyjściem z pracy pojawia się ostatnia seria kontrahentów, którzy ewidentnie czekali aby zaatakować na pięć minut przed końcem. Telefon uparcie dzwoni, znikąd pojawiają się znajomi niewidziani od wielu lat. Opowiadasz im dowcip o blondynkach po czym orientujesz się w nowej fryzurze koleżanki.
Autobus nie przyjeżdża. Tramwaj nie ma ogrzewania a samochód jakiś idiota zastawił i trzeba ci czekać pół godziny zanim łaskawie wróci.
Wracasz późnym wieczorem. Rzeczywistość pecha staje się nudna. Ile można gubić, zapominać, uszkadzać, przewracać, rozlewać i psuć? Okazjonalnie jest to do przejścia, ale całodzienna sztafeta traci na oryginalności. Ważne jednak, że limit niepowodzeń na cały rok został wyczerpany. Lepiej poświęcić jeden dzień, niż być niemile zaskakiwanym w przyszłości.
A teraz wyobraź sobie, że mogło być znacznie gorzej, i zamiast Światowego Święta Pecha mogliśmy mieć np. Światowy Dzień Strachu.
czwartek, 12 lutego 2009
Kiedy się nie chce - oszukuj
Wiadomo, czasem się chce, czasem się nie chce. Kiedy się chce, mogą wyjść z tego genialne rzeczy. Kiedy się nie chce, należy oszukiwać. Przede wszystkim siebie.
Przez kilka ostatnich dni raczyłam nas różnymi wyszukanymi daniami z wielu regionów świata. Nie dziś.
Dziś zagotowałam wodę w garnku, potem zagotowałam ponownie, bo cała wyparowała, wsypałam dwie błyskawiczne zupy z torebek. Nie gotowałam ich, bo były to zupki do zalewania. To nie ma znaczenia.
Ważne, że mogę nalać sobie z garnka przepyszną zupę pomidorową, ze świeżą bazylią i oliwą z oliwek.
Ważne, że ciepła, a o niuanse smakowe zadbam kiedy indziej.
Ważne, że czuję się najedzona i idealnie oszukana.
Już niedługo pochwalę się nowymi przepisami i to nie tylko na blogu, ale przede wszystkim na imprezie urodzinowej. Od kilku dni wymyślam co takiego podać gościom zamiast uczciwie zajmować się jogą.
Ten kto wie, niech przyjeżdża w piątek, bo sama się z tym nie uwinę :)
Męża od razu usprawiedliwię, jego domeną jest rura i szmata. A co!
W przyszłym tygodniu znajdę trochę czasu, to wtedy napiszę o nowych roślinach, a dokładniej sadzonkach w Zielonej Górze.
Przez kilka ostatnich dni raczyłam nas różnymi wyszukanymi daniami z wielu regionów świata. Nie dziś.
Dziś zagotowałam wodę w garnku, potem zagotowałam ponownie, bo cała wyparowała, wsypałam dwie błyskawiczne zupy z torebek. Nie gotowałam ich, bo były to zupki do zalewania. To nie ma znaczenia.
Ważne, że mogę nalać sobie z garnka przepyszną zupę pomidorową, ze świeżą bazylią i oliwą z oliwek.
Ważne, że ciepła, a o niuanse smakowe zadbam kiedy indziej.
Ważne, że czuję się najedzona i idealnie oszukana.
Już niedługo pochwalę się nowymi przepisami i to nie tylko na blogu, ale przede wszystkim na imprezie urodzinowej. Od kilku dni wymyślam co takiego podać gościom zamiast uczciwie zajmować się jogą.
Ten kto wie, niech przyjeżdża w piątek, bo sama się z tym nie uwinę :)
Męża od razu usprawiedliwię, jego domeną jest rura i szmata. A co!
W przyszłym tygodniu znajdę trochę czasu, to wtedy napiszę o nowych roślinach, a dokładniej sadzonkach w Zielonej Górze.
środa, 11 lutego 2009
Sklepy Elektronowe - trzy kęsy absurdu codziennego
Ostatnio obserwuję w Sklepach niepokojącą tendencję klientów do zachować cokolwiek dziwacznych. Ten subtelny eufemizm zilustrują najlepiej trzy poniższe historie:
1.
Rozmawiam z klientem na temat Telewizji na kartę. Podaję mu ofertę programową, i mówię, że jest tam między innymi kanał TVP Sport. Klient kiwa ze zrozumieniem głową, po czym z całkowitą szczerością pyta: "a o czym jest ten kanał?" Miałem ochotę odpowiedzieć, że o sadzeniu kartofli, ale górę wzięło dobre wychowanie.
2.
Wpada do sklepu chłopaczek około szesnastoletni. Wielka kurtka i cudaczne spodnie z krokiem na wysokości kolan, zamaszyste ruchy i cwane spojrzenie. Za nim pojawia się wsparcie w postaci dwóch podobnych kumpli, kaptury na głowach i hip hop z głośnika telefonu. Chłopak podchodzi do lady i pyta: "ile kosztują te wtyczki za trzy pięćdziesiąt?" a ja widzę, jak jego reputacja topnieje niczym śnieg w słońcu. Kumple ryknęli śmiechem, chłopak spłonił się i szybko umknął.
3.
Przychodzi starszawy pan z niewielką saszetką na dokumenty. Zaczyna jak ponad połowa klientów od "nie wiem czy dobrze trafiłem...", po czym, mieszając się w zeznaniach, tłumaczy zawile rzecz nadzwyczaj prostą. Chodzi mu o zaprogramowanie kanałów, bo wnuki coś poprzestawiały, i jedynka jest teraz na dwójce, a Polsat na siódemce. Mówię ok, i z niepokojem spoglądam na jego saszetkę, bo jeśli upchał tam dekoder, to nie mogło z niego zostać nic nadającego się do użytku. Jegomość sięga do torebki i wyciąga... piloty. Patrzę na nie, nic nie rozumiejąc, a on z wesołym uśmiechem, jak nauczyciel do tępego ucznia, tłumaczy mi, żebym mu zaprogramował mu piloty, bo przecież nie ma kanałów, wszystko poznikało, z satelity też. Zapytałem go, czy jak mu się zepsuje samochód, to idzie do warsztatu z kierownicą, żeby ją naprawili. Aluzję zrozumiał, a ja zastanowiłem się, jak przez sześćdziesiąt lat człowiek używa technologii i nie ma o niej nawet bladego pojęcia.
Absurdy się mnożą, i poważnie zastanawiam się nad przejściem do opozycji. Uznanie ich za normę, a normy za absurd, przeciągnie mnie do dużo silniejszego obozu.
1.
Rozmawiam z klientem na temat Telewizji na kartę. Podaję mu ofertę programową, i mówię, że jest tam między innymi kanał TVP Sport. Klient kiwa ze zrozumieniem głową, po czym z całkowitą szczerością pyta: "a o czym jest ten kanał?" Miałem ochotę odpowiedzieć, że o sadzeniu kartofli, ale górę wzięło dobre wychowanie.
2.
Wpada do sklepu chłopaczek około szesnastoletni. Wielka kurtka i cudaczne spodnie z krokiem na wysokości kolan, zamaszyste ruchy i cwane spojrzenie. Za nim pojawia się wsparcie w postaci dwóch podobnych kumpli, kaptury na głowach i hip hop z głośnika telefonu. Chłopak podchodzi do lady i pyta: "ile kosztują te wtyczki za trzy pięćdziesiąt?" a ja widzę, jak jego reputacja topnieje niczym śnieg w słońcu. Kumple ryknęli śmiechem, chłopak spłonił się i szybko umknął.
3.
Przychodzi starszawy pan z niewielką saszetką na dokumenty. Zaczyna jak ponad połowa klientów od "nie wiem czy dobrze trafiłem...", po czym, mieszając się w zeznaniach, tłumaczy zawile rzecz nadzwyczaj prostą. Chodzi mu o zaprogramowanie kanałów, bo wnuki coś poprzestawiały, i jedynka jest teraz na dwójce, a Polsat na siódemce. Mówię ok, i z niepokojem spoglądam na jego saszetkę, bo jeśli upchał tam dekoder, to nie mogło z niego zostać nic nadającego się do użytku. Jegomość sięga do torebki i wyciąga... piloty. Patrzę na nie, nic nie rozumiejąc, a on z wesołym uśmiechem, jak nauczyciel do tępego ucznia, tłumaczy mi, żebym mu zaprogramował mu piloty, bo przecież nie ma kanałów, wszystko poznikało, z satelity też. Zapytałem go, czy jak mu się zepsuje samochód, to idzie do warsztatu z kierownicą, żeby ją naprawili. Aluzję zrozumiał, a ja zastanowiłem się, jak przez sześćdziesiąt lat człowiek używa technologii i nie ma o niej nawet bladego pojęcia.
Absurdy się mnożą, i poważnie zastanawiam się nad przejściem do opozycji. Uznanie ich za normę, a normy za absurd, przeciągnie mnie do dużo silniejszego obozu.
Spokój Sklepów, spokój ducha
Spadło i zrobiło się pięknie. Wolę Góry Zielone przysypane śniegiem niż takie przednówkowe, gdzie tylko zimny wiatr hula a ziemia zmarznięta na kość. Humor szczególnie podniosła mi Bomba, która uwielbia śnieg, i nie dawała się ściągnąć z porannego spaceru. Widok mokrej psiej mordy, szczęśliwej do granic możliwości - bezcenny.
O poranku, jak zwykle, zawitała wierna hydra. Jak należało oczekiwać, "pogoda jest taka, że nic się nie chce", a poza tym to już środek tygodnia, czyli bliżej końca, więc "człowiek tylko czeka, byle do piątku i znowu wolne". Posapała, pochrząkała i poszła. Ale na pewno jeszcze wróci.
W sumie, gdy siedzę przy kawie, słucham chilii zet i przyglądam się błotnistemu deptakowi, nie wydaje się on ani trochę straszny.
O poranku, jak zwykle, zawitała wierna hydra. Jak należało oczekiwać, "pogoda jest taka, że nic się nie chce", a poza tym to już środek tygodnia, czyli bliżej końca, więc "człowiek tylko czeka, byle do piątku i znowu wolne". Posapała, pochrząkała i poszła. Ale na pewno jeszcze wróci.
W sumie, gdy siedzę przy kawie, słucham chilii zet i przyglądam się błotnistemu deptakowi, nie wydaje się on ani trochę straszny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)