środa, 30 kwietnia 2008

ElektroBromba w Sklepach Elektronowych

Z cyklu Miałem dziś klienta...

Przychodzi kobitka, której skrupulatność patrzy z oczu. Dreszcz mnie przeszedł, bo już widziałem ją, oczami wyobraźni, w domu odmierzającą dzieciom dzienną porcję masła cyrklem, a chleba linijką. Zażądała, bo przecież nie poprosiła, listwy elektrycznej do komputera. Nie wiem, co by było, gdybym odmówił, ale jakiś zwierzęcy instynkt podpowiadał mi, że jest to wbrew regule przetrwania, więc skoczyłem wykonać polecenie. Kazała otworzyć trzy opakowania, i porównała czy nie różnią się aby kolorem, czy bezpiecznik dobrze chodzi (wyobraziłem sobie, jak kupuje Makarova i sprawdza, czy cyngiel nie jest zbyt luźny), a następnie zażądała miarki i dokładnie zmierzyła długość kabla, z satysfakcją odkrywając, że producent oszukuje o 10 cm względem informacji na pudełku. Zważyła listwę w dłoni i, nie znajdując już więcej pola do badań i porównań (w końcu przedłużacz nie jest zbyt skomplikowany), jeszcze raz, dla pewności zmierzyła długości przewodów. Ponownie, jakby niespodziewanie, odkryła że są o 10 cm krótsze niż napisano. Policzyła ilość gniazdek z prawa do lewa, następnie z lewa na prawo (wyszło chyba tyle samo) po czym, posapując ni to z zadowolenia, ni z zawodu, zdecydowanie schowała listwę do torby. Przedłużacz z uziemieniem i sześcioma gniazdami jest, bądź co bądź, niemałych rozmiarów, ale łatwość, z jaką torba klientki połknęła go, kazała mi dwa razy zastanowić się, zanim zaproponuję reklamówkę. Dostałem idealnie wyliczone pieniądze i odprowadziłem wzrokiem Brombę, trochę znerwicowaną i zaganianą, ale jakże brombiastą

środa, 23 kwietnia 2008

Pogryź i wypluj

Witam szanownych państwa, dziękuję za głosy wsparcia i zabieram się do pisania.

Od kliku dni Franciszek zamęcza mnie, żebym napisała o naszej nowej zabawce. Nazywa się ona Bitefight. Gramy na serwerze 16. To ważne, bo gdybyście chcieli dołączyć, aby zagrać z nami (a taki jest cel mojego postu) musicie być na tym samym serwerze.

Zagrać można wilkołakiem albo wampirem. Gra jest okrutnie prosta, polujesz, zdobywasz, kupujesz, rozwijasz, aby jeszcze lepiej polować. Prostota jest zaletą tej gry, bo nie wymaga ona wiele myślenia, ani wczytywania się w instrukcję. Osobiście lubię instrukcje - przeczytałam nawet tę dołączoną do kompletu sztućców, ale nie każdy tak ma ...

Najlepiej spróbujcie sami. Po co ufać komuś, kto zakleił sobie właśnie klawiaturę czekoladą. Logując się podajcie nasze imiona: Kamelia lub Hauser. I oczywiście wybierzcie rasę wilkołaki, to wspólnie będziemy prać wampiry. Założyliśmy nawet klan Futrzaki, a teraz szukamy zaufanych, dowcipnych i inteligentnych graczy. Czyli was.
Na zachętę dorzucę obrazek naszej przyszłej, wspólnej siedziby.


Domków na razie nie ma dużo, bo przewidziane są na trzy osoby, ale zawsze możemy się rozbudować :)

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Mała Ula wielkiego domu + party time

Nie mogę się doprosić, aby żona moja siadła wreszcie do bloga. Ma o czym pisać, bo widziałem nawet ukradkiem listę tematów, które chce rozwinąć; ma już sieć, bo przeniosłem komputer do domu rodziców, i jako nowo narodzony specjalista w tej dziedzinie, podłączyłem sieć jak należy. Ma nawet odrobinę czasu, niezbędną aby myśl rozwinąć, kiedy jedynym towarzyszem jest kubek herbaty, bo mąż w pracy, a chata wolna. I co? Gdzie te tytułowe ulaifranc, do cholery?

Jasne, wcale nie z wyboru stała się teraz opiekunką ogniska domowego, znacznie większego niż dotychczasowe. Utrzymać solo chałupę, w dodatku nie własną, kiedy mąż wraca po 22 a jego brat niebyt pomaga - nie jest lekko. Chciałoby się gdzieś wyskoczyć, choćby do miasta na kawę, ale nie bardzo jest z kim, bo wszyscy przyjaciele zostali we Wrocku, albo jeszcze dalej. Bida, mogłaby z tego wszystkiego zacząć chlać po kątach, ale zamiast tego pogrąża się w Harrym Potterze, co koniec końców też jest patologią.

Drodzy przyjaciele, krewni i znajomi: wesprzyjcie mi żonę, bo tego jej bardzo trzeba! Pomachajcie łapką, puśćcie oko, dajcie sygnał dymny, co by nie zagrzebała się w populistycznej literaturze na amen. Zrobicie dobry uczynek, a i zyskacie na tym kilka nowych postów, gwarantuję.

Przy okazji opowiem krótką historyjkę z zaproszeniem w tle:
Brat mój ma jutro egzaminy do liceum, przez co chodzi spięty jak jamnik na wiosnę. Rzecz jasna obficie wylewa swój stres na nas, od soboty przygotowując garnitur, buty i inne utensylia. Rozsądnie rozumując, postanowił uczcić zakończenie nauki huczną imprezą, niezależnie od wyników testów. Zaprosił na sobotni wieczór kupę luda, zrobił listę, zbiera składki... Jak to Staszek. Na początku wizja całonocnej zabawy nie bardzo na się spodobała, bo sobotnia noc to jedyny moment, kiedy można pospać do południa. Jednak kiedy dojrzeliśmy katastrofalną nieuniknioność sytuacji, trzeba było działać! Stąd pomysł konkurencyjnej imprezy, piętro wyżej. Zapraszamy serdecznie, czas ku temu znakomity, warunki idealne, taka okazja często się nie zdarza. Dwie imprezki, do wyboru do koloru....

Magia krzemowych ogrodów

Drugi tydzień szkolenia CCNA rozpoczęty. Przyznam, że jest ono głównym powodem niechęci wobec komputera, przy którym spędzam ostatnio po 10 godzin dziennie, i wcale mnie to nie cieszy. Chętnie pisałbym posty ręcznie gdzieś pomiędzy kwitnącą wiśnią a szemrzącym strumieniem, tylko jak to potem zgrabnie wrzucić na bloga?

Szkolenie ma przebieg typowo polski - w ciągu 11 spotkań (codziennych), trwających po 8 godzin, przerabiamy kilkutygodniowy materiał. Dla większej mobilizacji, każde spotkanie kończy się testem wielokrotnego wyboru, rozpoczynającym się, programowo, około godziny konania, między 19 a 21.00. Wtedy każdy jest już na tyle wykończony, że finalne i podchwytliwe pytania jak oceniasz swój zapał do dalszej pracy? wyglądają na wyjątkowo nietrafiony żart.

Nigdy nie kręciły mnie sieci internetowe (w sensie technicznym), ale gdy pierwszy raz wszedłem dzisiaj do serwerowni, przeszedł mnie dreszcz. Pomieszczenie wypełnione delikatnym ciepłem pracujących maszyn, szumem chłodzenia i zapachem z lekka nagrzanej instalacji ma w sobie coś ze współczesnej alchemii. Pod zewnętrznym chaosem, burzą kabli i girlandami błyskających lampek kryje się harmonia kamiennego ogrodu, równie jak on hipnotyczna i niezgłębiona. Na wpół ożywiona pędzącymi elektronami materia ułożona w ściśle przemyślanym porządku coraz mniej przypomina dzieło ludzkich rąk, a bardziej samorodny twór, wymykający się ukradkiem spod kontroli.

Na kursie jest nas dziesięciu. Dziesięciu obcych, rywalizujących (o co?) facetów, z których ja wyznaczam dolny przedział wiekowy, a górny - pan po 60-tce. Każdy niechętnie dzieli się informacjami, a o rozmowie na przerwie można w ogóle zapomnieć. Mobilizujący wyścig trwa w czasie testów, kiedy to rzuca się ukradkowe spojrzenia na monitor sąsiada, będącego już o trzy podpunkty w przodzie, i szybko przewija własne zadania, byle być pierwszym. Zwycięski dźwięk wyłączanego Windowsa działa jak bicz na opieszałych. Szybko wypracowałem własną metodę, i czytam lekcje w domu, a na zajęciach trzaskam test w ciągu godziny, przyprawiając pozostałych uczestników o nerwową bladość.

Trzymajcie kciuki - za tydzień koniec i finalne egzaminy. Jak dobrze pójdzie, szybciej od magistra zostanę inżynierem!

wtorek, 15 kwietnia 2008

Elektrony i okolice

Położenie Sklepów Elektronowych gra znaczącą rolę w obrocie towarem. Kluczowa jest tu bliskość centrum, a tym samym bliskość różnorakich wydarzeń kulturalnych zachodzących na Deptaku. Im cieplej się robi, tym więcej ulicznych artystów, sprzedawców, teatrów i wszelkiej maści muzyków się pojawia. Jaki ma to wpływ na handel? Nieoceniony! Na przykład dzisiaj - wpada wymalowany aktor z przyjezdnej trupy po przedłużacz, bo mają zaraz dawać występ. Zainstalowali się, ale zabrakło gniazdek by podłączyć sprzęt. Drżącymi rękami porywa trzy przedłużacze, nie patrząc na cenę zostawia walutę i znika. I nie wie, że owe przedłużacze czekały na niego, już ponad pół roku...

Za ciepłych dni pojawia się tez masa żulostwa zbierająca na paprykarz, albo i nie (ostatnio modny slogan). Przechodząc, słyszałem wymianę zdań pewnej dwuosobowej spółki partnerskiej, zbierającej do znacznej wielkości podłużnego pudła:
- Jak rzucają na prawą stronę kartonu, to moje, a jak na lewą, twoje.
- A jak padnie na środek?
- To pójdzie na zagrychę...

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Huragan Zygmunt oddala się

Zawierucha wojenna w domu i zagrodzie powoli oddala się. Wychodzimy z niej trochę bladzi i poobijani, ale mimo to o własnych siłach. Tornado zmiotło ustalony porządek rzeczy, zmuszając nas do radykalnych zmian. I tak - tymczasem zaczynamy koczować w domu rodziców. A zarzekałem się, że nigdy, za nic, z żoną... Ironia losu zawsze jest dosadna i bezwzględna. Poszedł precz wyjazd do Rumunii. Namiot, kupiony dwa lata temu, i do tej pory rozłożony raz w Wilku, znów nie doczeka się chrztu bojowego. Nie udało nam się także wyrwać do Wrocka, na weekend z Arkham. W zasadzie, nie udało się nam zagrać w nic od kilku tygodni, o sesji nie wspominając (Ula z tego powodu cicho pochlipuje po kątach).

Przyszły za to nowe odkrycia. Pierwsza, bluźniercza i plugawa, podobizna Wielkiego Cthulhu z gliny. Jego bulwiasta głowa kałamarnicy nie chce schnąć, w przeciwieństwie do macek, które momentalnie stwardniały i popękały, krusząc się tu i ówdzie. Teraz wygląda iście przedwieczne, jak obtłuczony przez archeologa potworek.

Kulka odkrywa Photoshopa. Jako skrupulatna Niedźwiedzica, przeczytała do niego instrukcję obsługi, przez co błyskawicznie doszła do technik wypracowywanych przeze mnie miesiącami prób i błędów.

Rozpocząłem kursy CCNA. Pokrywają mi się częściowo z godzinami pracy, przez co lecę na uczelnię od razu po zamknięciu sklepu, i trwają do 22.00. Byłem tym trochę zdruzgotany, dopóki nie pojechałem na pierwsze zajęcia. Pogadanka trwała 10 minut, i poszliśmy do domu. A ja się bałem późnych powrotów po nocy...

sobota, 12 kwietnia 2008

Dzień sponorowany przez muzykę Damiena Rice'a

Znów cholera pada. Więc, aby było miło, zagra nam znany, ale nie zawsze rozpoznawany, Damien Rice. Jak można było zauważyć, jest on ostatnio dość popularny w Górach Zielonych.