Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impresje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impresje. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 września 2010

Lornetki w dłoń!

Badacze tajemnic wszechświata i bezkresnego nieba niech wygrzebią zakurzone lornetki, albo teleskopy podarowane przez ambitnych wujków z okazji pierwszej komunii.

Na wrześniowym niebie widać Jowisza, który znajduje się w opozycji* do Ziemi.

Jowisza można obserować od kilku miesięcy. Obecnie wschodzi po godzinie 19 i zmierza w kierunku południowym, południowo zachodnim. Gołym okiem widoczny jako bardzo jasna "gwiazda". Małe teleskopy, lunety i lornetki ukażą jego księżyce oraz nawet tarczę planety. Nieco większe amatorskie teleskopy pozwalają na obserwowanie detali w jego atmosferze - Wielkiej Czerwonej Plamy, czy północnego pasa o brązowym zabarwieniu.
kontakt24.tvn.pl


22 września o godzinie 2 naszego czasu Jowisz znajdzie się w opozycji do Słońca, a to oznacza, że będzie miał największą jasność i jednocześnie o północy panować będzie wysoko na niebie południowym. Stworzy to bardzo dobre warunki do jego obserwacji, nawet gołym okiem. Już za pomocą lornetki z większym powiększeniem zobaczymy wyraźnie tarczę planety i cztery galileuszowe księżyce Jowisza. Patrząc natomiast przez amatorski teleskop o średnicy zwierciadła 15-25 cm możemy nim dojrzeć szczegóły na powierzchni planety, a także jej słabsze księżyce.
astro-czemierniki.pl


A nocą z czwartku na piątek (26/27.08) będzie można obserwować spotkanie Księżyca z Jowiszem, który znajdzie się w maksimum blasku.
Aby zobaczyć spektakl wieczorem, należy spoglądnąć średnio nisko na niebo wschodnie, a przed północą na niebo południowo-wschodnie. Około północy Jowisz i Księżyc panować będą wysoko na niebie południowym. Nad ranem oba obiekty przesuną się na niebo południowo-zachodnie, gdzie o świcie znikną w toni jaśniejącego nieba. Księżyc przez cały czas znajdować się będzie w górę i na prawo od Jowisza.
twojapogoda.pl


Znajdźmy najjaśniejszego punktu poniżej Księżyca, widać go nawet w mieście. Przypomnijmy sobie czasy dzieciństwa, kiedy łatwo było sobie wyobrazić, że zostaniemy astronautą, a przynajmniej astronomem i zadzierajmy głowę do góry.

*Opozycją nazywamy taką konfigurację planety względem Ziemi, gdy różnica długości ekliptycznych Słońca i planety wynosi 180 stopni. Oznacza to, że planetę obserwujemy dokładnie po przeciwnej stronie nieba niż Słońce. Słońce, Ziemia i planeta leżą wtedy niemal wzdłuż jednej linii (niemal – gdyż orbity planet są względem siebie nachylone). Odległość między planetą a Ziemią jest wtedy minimalna i równa różnicy odległości planety i Ziemi od Słońca.

środa, 14 lipca 2010

Prowizorka kręgosłupem istnienia

Nie ma nic trwalszego. Zasadzone dwadzieścia lat temu przez mojego ojca krzewy, które miały tylko dobrze wyglądać przez kilka miesięcy, są dzisiaj dużymi drzewami. Ząb, ułamany przez mamę tuż przed jej studniówką, został zreperowany kiedy ja poszedłem na studia. Przerażająca jest moc działań prowizorycznych, przerażająca długotrwałą skutecznością, o którą można się potykać, ale póki działa - nikt jej nie ruszy.

Goście są przydatnym czynnikiem mobilizującym do zrobienia rzeczy odkładanych od dawna. Wreszcie można posprzątać to, co leży tygodniami i zaczęło już pokrywać się pleśnią, naprawić co zostało urwane jeszcze na wiosnę albo wyrzucić co powinno być już wieki temu wyrzucone. Wtedy też z niepokojem oglądamy stworzone do tej pory prowizorki, chowamy do szafek te, które da się schować, a o pozostałych informujemy czem prędzej, co by nikomu nie napędziły stracha lub nie wprawiły w atak nerwowego chichotu, nie daj bóg.

Flagową prowizorką, którą po każdych odwiedzinach postanawiamy raz na zawsze przerobić na coś bardziej atrakcyjnego (i z całą pewnością mniej trwałego) jest słuchawka od prysznica, a właściwie jej brak, czyli smętny wężyk sikający wartkim strumieniem ku uciesze Basi i rozpaczy tych, którzy potem muszą ratować łazienkę przed potopem. Miał tak działać tydzień, a że do Castoramy mamy 10 minut piechotą - działa od marca.

Zaraz po nim jest patelnia, w której urwaną rączkę zastępuje rączka od pilnika do drewna. Zamocowana na potrzeby smażenia naleśników, okazała się niebywale poręczna i tak niezawodna, że z powodzeniem można by ją opatentować.

Przebłyski geniuszu, zawarte w rozwiązaniach tymczasowych, mają w sobie całą poezję codzienności. Nie dość, ze są praktyczne, to jeszcze z zasady unikalne. I doskonale bawią, kiedy już wyjdą z użycia.

czwartek, 6 maja 2010

Na śniadanie trzy śrubki

Od pewnego czasu znikają w naszym domu metalowe przedmioty. Już kilka tygodni temu odkryłem brak śrubokrętów, zaczęły też ginąć sztućce i przybory kuchenne. Czasami zdawało mi się, że słyszę w nocy chrupanie, ale zrzucałem je na karb przemęczenia. Kiedy chciałem naprawić cieknący kran, okazało się że nie mam ani jednej śruby. Znalazłem tylko poobgryzane łepki od co grubszych sztuk.
Zacząłem czytać w internecie. Szybko trafiłem na informacje dotyczące szkodników, jednak żadne z nich nie jedzą żelaza w takich ilościach. Kiedy poinformowałem żonę o moich spostrzeżeniach jakoś dziwnie się spłoszyła i szybko zmieniła temat. To naprowadziło mnie na pewien trop.
Gdybym wiedział wcześniej pewnie nie musiałbym tłumaczyć się dzisiaj sąsiadom z nadgryzionych klamek i nadkruszonych poręczy schodów. Któż jednak mógł przypuszczać, że kobieta karmiąca w pewnym momencie potrzebuje tak dużo żelaza! A to wszystko po to, aby dziecko rosło zdrowe i nie miało anemii.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

I być może już to kiedyś zrobiliśmy

Gdybyśmy żyli przed stu laty, niedziela 25 kwietnia nosiłaby datę 1910. Zamiast do samochodu, wsiedlibyśmy do powozu, a Ula miałaby na sobie suknię z taką ilością halek, że po rozłożeniu dałoby się z nich zrobić kawał porządnego żagla. Zapakowalibyśmy koc i słodycze do piknikowego kosza, zamiast do plecaka, jednak zarówno siatka na owady, jak i latawiec mógłby się wiele nie różnić. Zamiast piętnastu minut, podróżowalibyśmy dobrą godzinę za miasto, w spokoju podziwiając okoliczne widoki. Konie powożone przez Łukasza szły by spokojnie i równo.
Nasze rozmowy mogłyby się wiele nie różnić. Być może trafilibyśmy nawet na tą samą łąkę, łagodnie głaskaną wiatrem, z niewielkimi drzewami na głębokiej miedzy, w których cieniu matka z dzieckiem mógłby chronić szlachetną bladość swojej skóry. W tym czasie z Łukaszem dokonywalibyśmy odkryć, które mógłby zmienić bieg historii. Wystarczyłoby, żebyśmy urodzili się sto lat wcześniej.
W oryginalny sposób łącząc sztukę awiacji i fotografii, być może stalibyśmy się pierwszymi ludźmi, którym udało się sfotografować świat z wysoka. A niewątpliwie byłaby to pierwsza fotografia okolic Gór Zielonych z perspektywy lotu ptaka. Idąc tym tropem udoskonalalibyśmy nasz epokowy wynalazek do momentu, aż nie byłoby podręcznika, w którym zabrakłoby naszych nazwisk. Niestety, spóźniliśmy się.
Mimo tej gorzkiej prawdy, że nasz czas już minął, podjęliśmy się zadania. Nie dokonaliśmy może przełomowego odkrycia, podczepiając cyfrowy aparat pod nowoczesny latawiec akrobacyjny. Daliśmy się jednak ponieść czarowi tamtych czasów i zarówno piknik, jak i jakość uchwyconych zdjęć okazały się jak wyjęte z niedzieli, 25 kwietnia 1910.




piątek, 16 kwietnia 2010

niedziela, 31 maja 2009

Dzieci - ofiary błędów dorosłych.

Ostatnio zrobiła na mnie wrażenie wykonana przez M. Szemjankina rzeźba. Niesamowita, dająca bardziej do myślenia, niż jakikolwiek pomnik powstańców lub papieża. Zamiast martyrologii i dewocji przedstawienie problemu społecznego.
Gdzie? Bolotnoj Plasciad, w Moskwie, w stolicy państwa małodemokratycznego i nieszanującega praw człowieka. Kto by się spodziewał?
(każde zdjęcie radzę kliknąć, warto je powiększyć)



Pod każdą rzeźbą znajduje się podpis po rosyjsku i angielsku. Od lewej:


Drug Addiction - Uzależnienie od narkotyków
Prostitution - Prostytucja
Theft - Kradzież
Alcoholism - Alkoholizm


Ignorance - - Ignorancja



Irresponsible Science - Nieodpowiedzialna nauka
Indifference (na środku) - Obojętność
Propaganda of Violence - Propaganda przemocy


Dism - Okrucieństwo, znęcanie się
For Those Without Memory - Za te niezapamiętane
Child Labor - Wykorzystywanie dzieci do pracy
Poverty - Ubóstwo
War - Wojna

Autor zdjęć: Oumnique.

niedziela, 3 maja 2009

Kilka kilo sztuki

Czasami surfowanie popłaca.

Artystka nazywa się Erika Iris Simons (1983) i występuje pod nickiem iRI5. Link do jej strony. Nic więcej nie napiszę, sami popatrzcie. A to, jeśli jednak ktoś chce więcej poczytać.









wtorek, 14 kwietnia 2009

Fragmenty rekolekcji gądkowskich cz. I

... siedzę na ławce i obserwuję nadchodzący zachód słońca. Jezioro spokojne, szumi lekko wiatr w koronach drzew. Niedaleko jakieś buraki pokrzykują przy ognisku, wieś tańczy wieś śpiewa, wieś przyjeżdża Audicami i BMkami nad wodę. A obok wiadro martwych ryb.

Początkowa planowałem napisać wesołą refleksję, o wędkarzach, rybach i własnej rodzinie. Usiadłem jednak na chwilę przy łowiącym bracie i tak mi obrzydł ten cały "sport", że już nic, tylko paszkwila a przynajmniej dramat. Nie ma to, jak zarazić umiejętnie rodzinę pasją.

Wędkarstwo - idea
Łowienie ryb w gruncie rzeczy nie ma dla mnie sensu. Ani to potrzebne do przeżycia, ani kontakt z przyrodą, ani sport wesoły i drużynowy. Ryby z dużą łatwością możemy kupić gdzie bądź, ot, w lokalnym Sumie, i niekoniecznie muszą pochodzić z delty Mekongu. Jak ktoś się uprze, to nawet na Allegro widziałem, więc przykro mi, ale ten argument odpada.
Kontakt z przyrodą można mieć i bez kija z kawałkiem sznura. Szczególnie, że znaczna ilość wędkarzy dokonuje sabotażu ekologicznego, wybierając coś z szerokiego wachlarza dodatków począwszy od papierosów, a na przenośnym radiu skończywszy. Rozumiem jednak, że siedzieć na łódce i kontemplować przyrodę to nuda, dlatego ludzkość wymyśliła takie dobrodziejstwa jak książki, aparaty fotograficzne i towarzystwo bliźnich. Jeżeli to nie wystarcza, czas zastanowić się nad wybraniem nazwy dla swojej nerwicy.
O wędkowaniu dla sportu nawet nie wspomnę. Widok kilkudziesięciu facetów, opatulonych w kurtki, rękawice i szaliki, ślęczących nad dziurą wyrąbaną w lodzie aby dorwać jakieś bydle o wadze poniżej kilograma, jest dla mnie sportem dość miernym.

Wychylam się znad ekranu laptopa, a ojciec, całkiem nieświadom dramatycznego tematu, z jakim się mierzę, pyta niewinnie: Ładna, co? - po czym wyjmuje śniętą płoć z wiadra.

Wędkarstwo - to się leczy
Łowiących ryby można podzielić na dwie podstawowe grupy: nieszkodliwych amatorów i niebezpiecznych maniaków. Do amatorów nic nie mam, a wręcz ich popieram. Trzeba mieć przecież jakieś małe pasje i dziwactwa. Maniaków jednak wolę unikać, bo albo oni mają mnie za skończonego durnia, albo ja na nich patrzę jak na dewiantów. Wydaje mi się dziwne zrywanie przed świtem po to, aby przynieść półtora kilo ryb, trzy czwarte ledwo klasyfikuje się do brania a ile frajdy ze skrobaniem. Dziwne wydawanie kopy pieniędzy na silikonowe gluty, mające jakoby zapewnić gigantyczne brania, zanęty idące kilogramami do jeziora, haczyki, spławiki i żyłki regularnie zrywane w okolicznych szuwarach. A to wszystko dla jakiejś chorej idei, ambicji lub nienasycenia...

niedziela, 8 marca 2009

Dzień kobiet, ze szczyptą prowokacji

W zeszłym roku nie podjęłam tego tematu. W tym roku poziom hormonów w organiźmie nie pozwala mi siedzieć cicho.


Chyba nie lubię dnia kobiet. Feministki wychodzą na ulicę, z drugiej strony wychodzi Młodzież Wszechpolska skandując takie głupoty, że strach słuchać. Zgadzam się z hasłami manify, ale forma moim zdaniem jest zupełnie chybiona. Krzyk, szokująca forma - nie tak moim zdaniem kobiety powinny domagać się swoich praw. Oczywiście, manifestacja dodaje siły głoszonym poglądom, ale chyba coś jednocześnie odbiera. Czemu hasła antyfeministyczne głoszone są w salach, salonach, kościołach, a feministyczne spycha się na ulicę?

Kobieta zdaniem niektórych nadaje się tylko do rodzenia dzieci. Tak, owszem, PRAWDA. Mężczyźni nie nadają się do tego. Cud narodzin zdarza się wyłącznie w ciele kobiety. Uważam też, że nie powinniśmy tego cudu czcić, tylko go szanować. Ta wcale nie subtelna różnica, umyka czasem obu stronom sporu.

To nie znaczy, że kobiety powinny wyłącznie rodzić i nic więcej. Moim zdaniem społeczna hierarchia obu płci powinna być jednakowa, a nie role kobiet i mężczyzn. Ponoć już na dzisiejszym etapie rozwoju technologicznego obecność samców nie jest konieczna do przetrwania gatunku. Ta świadomość wystarczy za wszystkie kwiatki.

wtorek, 27 maja 2008

Boże Ciało na 14 kończyn albo notatki gądkowskie

Leżę i rozmyślam. Rozmyślam i patrzę, Patrzę, leżę i słucham. Na pomoście - jak na wyspie, ja Staszek i Kulak oraz nasi dzielni czworonożni towarzysze - Bombox i Gandali. Pomost zbudował miniony ustrój, a zniszczył obecny. Wytrzymałby co prawda dziesięciolecia, ale nie samowolę okolicznej ludności. Teraz trwa kulawy, odcięty od lądu i tylko łodzią można dokonać nań abordażu.

Bomba co chwilę wsadza mi ryj w kartkę. Być może bada atrament albo sprawdza, czy nie piszę paszkwili na jej temat. Poza tym leniwie obserwuje Gandalego, obnoszącego się dumnie ze złowioną rybą.

Jest nas w sumie trzy pary nóg i osiem łap. Połączenie zabójcze dla samego siebie. Często jedna para nóg chce iść absolutnie gdzie indziej niż druga, a trzecia im obu urąga w sposób wysoce niechrześcijański. Zestaw czterech łap kradnie rybę drugiemu zestawowi, po czym połyka ją ze smakiem, wydając jednocześnie gulgot, który przy pustym pysku można by wziąć za warczenie.

Pomost to kompromis, wybieg dyplomatyczny pozwalający zamknąć na ograniczonym obszarze wszystkie kończyny. Na wolności rozłażą się momentalnie we wszystkich kierunkach, mając za nic takie pojęcia jak "wspólny wyjazd", "razem" czy "podaj piwo, napijmy się!". Tutaj nie ma ucieczki, trzeba wymieniać uwagi o rozmiarze łowionych uklejek, ratować tonące czworonogi, współpraca bracie i tyle.

Kartka, na której piszę, została gustownie poświęcona fontannami wody tryskającymi z uratowanego Gandalego. Leży teraz, taka blada i pomarszczona, odbijając niebo, plamy rozmytego atramentu jak przestrzeń, białe prześwity jak kłęby chmur. Papier odbija świat, albo świat jest odbiciem słów, czasem trudno odgadnąć.

Łapy schną, nogi wylegują się na wypolerowanych tysiącem kroków deskach, ręce pracowicie mordują zdziwione ryby. Czas nas opływa, pozostają tylko wielkie kręgi na wodzie i powidok dziennej wędrówki słońca pod powiekami.



A oto Gandali z profilu:



czwartek, 15 maja 2008

Gliniane koncepcje w wolnych chwilach

Jakiś czas temu zacząłem w wolnych chwilach lepić z gliny. Początki technologii były dość dramatyczne, wiele ubrań poległo, a rozbryzgowa technika imitująca koło garncarskie przyniosła zagładę podłodze i ścianom. To już jednak przeszłość, doświadczenie każe bawić się w takie rzeczy na wolnym powietrzu, a nie w małym garażu z bielonymi ścianami.

Przyznaję, uległem formie i treści. Szaleńcza łatwość stworzenia głowy ośmiornicy, wałeczkowate macki tak delikatne, że kruszące się przy niewprawnym dotyku, wreszcie - idea - przecie to sam Wielki Przedwieczny Cthulhu. Bluźniercze kulty, tajemne moce...

Nawiązując zaś do macek - powiem z pewnym znawstwem tematu: jeśli kiedykolwiek, na targu egipskim, w zakątku biblioteki czy w mrocznej uliczce Nowego Jorku, ktoś będzie Wam oferował figurkę Przedwiecznego Cthulhu - bądźcie czujni i sprawdzajcie macki! Już podczas lepienia wiele z nich ulega uszkodzeniu, potem w czasie schnięcia padną ze dwie albo trzy, co czyni figurkę nieprzydatną do jakichkolwiek obrzędów. Powiem więcej - współkultyści mogą się nieźle ubawić, widząc takiego kulawego bożka, a wtedy nici z klimatu i wszystkie krwawe ofiary się zmarnują.

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

Melankolia pochmurnych dni

Miasto spływa wodą. Ludność parska, kicha i przeskakuje przez wszędobylskie kałuże. Podłoga sklepu stopniowo zaraża się chorobliwą wilgocią, wnoszoną na podeszwach butów nielicznych zdesperowanych klientów. Telewizja pokazuje sposoby mycia i pielęgnacji żółwi akwariowych, które wydają się równie szczęśliwe w trakcie tych zabiegów jak przechodnie z powodu bieżącej aury. W tle hipnotycznie przygrywa Lamchop.

Wiadomość o odwołaniu Beirutu na Openerze w taki dzień szczególnie nie dziwi. Wielka szkoda, bo to głównie ich chcieliśmy posłuchać; teraz Opener stracił wiele ze swej atrakcyjności. Co gorsza, wszystko przemawia za tym, że Beirut przechodzi kryzys młodego zespołu - albo się rozpadną, albo zmienią skład. Tak czy owak, będzie to już inna muzyka.

Na horyzoncie pojawiają się pierwsze jaskółki zwiastujące wyjazd za chlebem na Wyspy. Przymierzamy się, rozważamy, badamy i czekamy. Z gór zielonych na wyspy zielone?

Melankoliczny nastrój skłania do refleksji filozoficznej. Ostatnim jej tematem było: "czy ilość spożywanego pokarmu determinuje wielkość otworu gębowego?" Może i doszlibyśmy do jakich takich konstruktywnych wniosków, gdyby nie rekin. Paszcza rekina jest tak ogromna bo, biedaczysko, je w pośpiechu. Ta błyskotliwa konkluzja mojej żony położyła na łopatki dalsze dywagacje.

Post sponsorowany przez utwór zespołu Lambchop "The Problem" (album no you c'mon) i kawę Lavazza

czwartek, 3 kwietnia 2008

Zdjęcia wiosenne i te nie za bardzo

Garść zdjęć z ostatniego filmu. Czas powstania: luty - marzec 2008. Tak tak, wróciłem do fotografii analogowej, rolki filmów i błyszczące odbitki mają niezastąpiony klimat, jakość i splendor. Mam wiele teorii na ten temat, a praktyka poniżej...

seria luty-marzec 2008

wtorek, 25 marca 2008

Daltonizm poznawczy czyli instrukcje

Ula tłucze się w łazience. Dźwięki są tak charakterystyczne i donośne, że nie mam wątpliwości - szykuje kąpiel. Już na samą myśl robi mi się przyjemnie ciepło, a jeszcze jak pomyślę o nowej super-ekstra-wypasionej soli kąpielowej, kupionej niespodziewanie w specjalnym sklepie, hoh, moje skostniałe kości nie mogą się doczekać. Mam więc tyle czasu, ile zajmie wodzie wypełnienie średnich rozmiarów wanny.

Ostatnio przeczytałem fragment instrukcji do urządzenia, jakiego w życiu nie obsługiwałem. Na polecenie ojca, który dostarczył mi owego starożytnego potwora marki Olivetti, miałem zmusić hybrydę faksu i kserokopiarki do działania i zaprzęgnąć do pracy w Sklepie Elektronowym. Nie bardzo wiedziałem od czego zacząć, zwłaszcza, że przyciski podpisane były wieloznacznymi niemieckimi skrótami, więc ściągnąłem instrukcję z sieci. Ojciec okazał znaczne zdziwienie faktem, że nie potrafiłem sobie poradzić bez niej, co skłoniło mnie do refleksji, że rzeczywiście, tego typu metoda działania jest mojej rodzinie raczej niepopularna.

Generalnie nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek przeczytał od deski do deski jakąś instrukcję. Obojętne, czy chodzi o grę, urządzenie czy środek do paprotek. Jeśli intuicyjnie nie mogłem zrozumieć, o co w grze chodzi, to stwierdzałem że jest durna, i zaprzestawałem zabawy; jeśli urządzenie nie do końca działało jak należy, ale działało, to ok, po co kombinować dalej? A z paprotkami wiadomo - nakrętkę na 1,5 litra wody...

Uwagę na to ciekawe zagadnienie zwróciła moja żona, bezwzględna miłośniczka czytania wszelakich instrukcji. Jeszcze wcześniej, za świetnych czasów wspólnego mieszkania na Brzezińskiej, ogromne wrażenie robił na mnie Ganelon, potrafiący dokonywać nieprawdopodobnych rzeczy w grach, które wydawały mi się nie do przejścia. Przykład macie w naszej konwersacji pod postem Co robić w przerwach od pracy? Dla mnie rozgrywka stała się jałowa i nudna, a wszystko za sprawą nieznajomości kilku (kluczowych) wskazówek.

I tu jest właśnie pies pogrzebany. Zawsze znajdzie się ktoś dociekliwy i oczytany, kto zna instrukcję i potrafi ją sensownie streścić, dodać cenne uwagi i wyciągnąć wnioski. Pokaże, jak się gra, jak to działa i dlaczego nakrętka jest dobra, ale tylko raz na pół roku, głąbie, a nie raz w tygodniu. Prowadzi to do dwóch stanów: znacznej niechęci, wręcz wrogości wobec wszelkiej maści instrukcji oraz, już pozytywnie, do sporego zaufania do własnej intuicji. Zazwyczaj wszystko się udaje bez przygotowania merytorycznego, więc po co tracić czas...

Słyszę dźwięki Uli poruszającym się w środowisku wodnym. Znak to dla mnie, aby kończyć te dywagacje. Coś jednak czuję, że jeszcze powrócą, w końcu wszystko współcześnie wymaga instrukcji obsługi :)

czwartek, 20 marca 2008

Wiosenne porządki na blogu

Nie da się nie zauważyć, że zmieniliśmy oprawę graficzną bloga. To trochę jak z przestawieniem mebla - niby wiele się nie zmienia, ale jakoś tak nowy porządek cieszy oko. Przymierzamy się do zrobienia czegoś bardziej fikuśnego, ale na to trzeba czasu i pomysłu, więc póki co poprzestajemy na łatwiejszych rozwiązaniach.

Wielu z was narzekało na koszmarny sposób publikowania postów - skomplikowany, uciążliwy i podcinający wszelką swobodę wypowiedzi. Postaraliśmy się więc odpowiedzieć na te wołania (na puszczy) i maksymalnie ułatwić ten skomplikowany proces.

Nowy sposób zamieszczania postów:
- nie trzeba wpisywać koślawych literek z obrazka (weryfikacji obrazkowej) - najwyżej zaleje nas spam; przy trzeciej próbie rozpoznania tych hieroglifów człowieka szlag trafia, i kasuje wypieszczonego posta. Dlatego od dziś z tym koniec!
- aby się podpisać wystarczy zaznaczyć opcję "Nazwa/adres URL" i wpisać w polu 'Nazwa' swój podpis. Żadnych więcej kombinacji, logowań i cyrków. Oczywiście, cenimy anonimowość i takie wyjście nadal pozostaje.

Tyle możemy zrobić z naszej strony, grzebiąc w ustawieniach. Teraz nie macie już alibi w stylu komentarz mi skasowało to wasze beznadziejne logowanie!

środa, 12 marca 2008

Stare z nowym w jednym stało domu

Płyty analogowe rzeczywiście mają inne brzmienie. Nie chodzi nawet o charakterystyczne trzeszczenie ale o barwę głosu, znacznie różniąca się od metalicznego dźwięku z współczesnych wzmacniaczy. Jednak stare kondensatory i wzmacniacze ferrytowe okazują się bezkonkurencyjne.

Wykopałem w piwnicy przedwieczny gramofon (zwany też adapterem), który w latach liceum był obiektem moich rozlicznych eksperymentów. Stąd igła podklejona wulgarną taśmą klejącą i nie działający prawy głośnik. Poza tym stara dobra Unitra ma się świetnie i przeżywa właśnie drugą młodość - przygniotła swym przejmującym ciężarem bezradne DVD Thomsona i zajmuje pełen czas antenowy puszczania muzyki. Z dawna pogrzebane winylowe wydania Jethro Tull "Stormwatch" i Boba Marleya "Reggae Revolution" nagle wyskoczyły z dna kartonów na szczyt listy słuchanych płyt. Od rodziców pożyczyłem pakiet Izraela i ruskich wydań Czajkowskiego, a na Allegro rozpoczęła się kampania poszukiwania "tanich i dobrych" zestawów winyli - najlepiej przyzwoitej jakości i w masowych ilościach. Powrót na całego, tym bardziej, że...

...że jest w tym dużo więcej sytego obrządku, napełniającego przejęciem i dumą, niż w puszczaniu jakiegokolwiek kawałka z CD, nie mówiąc o playlistach z kompa. Pięć utworów z jednej strony, trzaski przyprawiające o zmyślny uśmiech, zmiana strony, kolejne pięć. Zachwycająco czysty dźwięk, który zawsze wydawał mi się czczą plotką, a okazał się faktem. Przy każdym przyłożeniu igły przypominają mi się sceny z "Gry w klasy", wielokrotnie obracane w głowie dekadenckie wieczory z mate, winem i jazzem z Nowego Orleanu.

Zastanawiam się, skąd ta magiczna moc czarnej płyty? Trzymając ją w dłoni, śledząc misterne rowki w których kryje się IX Symfonia albo Oxygene, zaczynam czuć niebezpieczną bliskość tego, co może wydobyć się z głośników. Jakby samo ogarnięcie wzrokiem pomagało ogarnąć umysłem, budowało zrozumienie niemożliwe do osiągnięcia ze sterylnie gładką taflą CD lub całkowicie abstrakcyjnym tworem formatu mp3.

poniedziałek, 10 marca 2008

Co robić w przerwach od pracy?

Jeśli szukacie łatwego i skutecznego sposobu na zmarnowanie masy czasu: oto jest. Gierka wsiorbuje godziny równie łatwo jak minuty i ani się obejrzycie, jak z poranka zrobi się popołudnie, z popołudnia wieczór, z poniedziałku sobota...

Do roboty więc, przeciwnik nadchodzi, czas się bronić!

Tak na marginesie: takie rozrywki powoli ulegają prohibicji. W Urzędach Wojewódzkich i innych tego typu instytucjach zablokowano dostęp do naszej klasy i popularnych komunikatorów internetowych oraz gier on-line. Biedni urzędnicy, pozostaje im chyba tylko poker i Eurobiznes. Z drugiej strony tłumaczy to pewne niewydolności niektórych aparatów biurokratycznych..

sobota, 16 lutego 2008

Nic dodać, nic ująć :)

Prawdziwa rozmowa nagrana na częstotliwości morskiej alarmowej canal 106 pomiędzy Hiszpanami a Amerykanami w październiku, 16 X 1997 roku.

Hiszpanie:
(w tle słychać trzaski)... Tu mówi A-853, prosimy zmieńcie kurs o 15 stopni aby uniknąć kolizji, idziecie wprost na nas, odległość 25 mil morskich.

Amerykanie:
(trzaski w tle)... Sugerujemy wam zmianę kursu o 15 stopni na północ, aby uniknąć kolizji

Hiszpanie:
Negatywnie...Powtarzamy : zmieńcie swój kurs o 15 stopni na południe, aby uniknąć zderzenia....

Amerykanie:
(słychać inny glos) Tu mówi kapitan jednostki morskiej Stanów Zjednoczonych Ameryki, w dalszym ciągu sugerujemy, zmieńcie swój kurs o 15 stopni na północ, aby uniknąć kolizji.

Hiszpanie:
Nie możemy podjąć takiej decyzji, gdyż nie uważamy jej za słuszną, ani możliwą w tym momencie!!! Zmieńcie swój kurs o 15 stopni na południe inaczej dojdzie do kolizji...!!!!

Amerykanie:
TU MÓWI KAPITAN RICHARD JAMES, KTÓRY DOWODZI LOTNISKOWCEM USS LINCOLN, MARYNARKI WOJENNEJ STANÓW ZJEDNOCZONYCH...!!!! DRUGIEGO CO DO WIELKOŚCI OKRĘTU FLOTY AMERYKAŃSKIEJ, JEDNOCZEŚNIE INFORMUJE, ŻE JESTEŚMY ESKORTOWANI PRZEZ 4 OKRĘTY PODWODNE, 6 NISZCZYCIELI I 2 KRĄŻOWNIKI, UDAJEMY SIĘ W KIERUNKU ZATOKI PERSKIEJ W CELU PRZEPROWADZENIA MANEWRÓW.! NIE SUGERUJĘ, JA ŻĄDAM, ABYŚCIE ZMIENILI KURS O 15 STOPNI!!!! W PRZECIWNYM RAZIE BĘDZIEMY MUSIELI PODJĄĆ DZIAŁANIA KONIECZNE ABY ZAGWARANTOWAĆ BEZPIECZEŃSTWO TAK OKRĘTU, JAK ZJEDNOCZONEJ SIŁY TEJ KOALICJI. WY NALEŻYCIE DO PAŃSTWA SPRZYMIERZONEGO, JESTEŚCIE CZŁONKIEM NATO I TEJ KOALICJI...ŻĄDAM STANOWCZO PODPORZĄDKOWANIA I ZMIANY KURSU...!!!!

Hiszpanie:
TU MÓWI JUAN MANUEL SALAS ALCANTARA, JESTEŚMY WE DWÓCH, ESKORTUJE NAS NASZ PIES, MAMY ZE SOBĄ NASZE JEDZENIE, DWA PIWA I KANARKA, KTÓRY TERAZ ŚPI...MAMY ZA SOBĄ POPARCIE RADIA LA CORUNA I KANAŁU 106 – ALARMÓW MORSKICH...NIE UDAJEMY SIĘ W ŻADNE MIEJSCE I MÓWIMY DO WAS Z LĄDU STAŁEGO, Z LATARNI MORSKIEJ A-853, Z WYBRZEŻA GALICJI. NIE MAMY ŻADNEJ GÓWNIANEJ INFORMACJI, KTÓRE MIEJSCE ZAJMUJEMY W RANKINGU WŚRÓD HISZPAŃSKICH LATARNI MORSKICH... MOŻECIE PRZEDSIĘWZIĄĆ ŚRODKI NA JAKIE TYLKO WAM PRZYJDZIE OCHOTA, ABY ZAPEWNIĆ BEZPIECZEŃSTWO WASZEGO ZASRANEGO OKRĘTU, KTÓRY ZA CHWILĘ ROZBIJE SIĘ O SKAŁY, DLATEGO RAZ JESZCZE SUGERUJEMY ZMIANĘ KURSU O 15 STOPNI NA POŁUDNIE, ABY UNIKNĄĆ KOLIZJI, OK. ??????

czwartek, 14 lutego 2008

14 zdarza się raz w roku

Piękne święto te walentynki. Środek lutego, a luty, to środek zimy - epicentrum chłodu i pluchy. Na deptaku połowa ludzi to pary obściskujące się i całujące publicznie. Kwiaciarnie przeżywają inwazję i już o 14 nie uświadczysz tam ani jednej róży. W warzywniaku od tygodnia wiszą czerwone balony w kształcie serc. W radiu mówią "o czekającym nas święcie, do którego należy się przygotować". Miłość przelewa się ulicami, przynajmniej raz do roku.

Sklepy Elektronowe zachowują niezmienną obojętność wobec tego rodzaju zjawisk. W Radio Swiss Jazz nawet słowo nie padło o Walentynkach; generalnie w ogóle nie wiele mówią, bo cały czas grają (za co im chwała). Wzrósł nieznacznie popyt na piloty, a spadł na anteny satelitarne. Ponadto wylałem kakao na ladę, niszcząc bez liku karteluszek z zamówieniami klientów i wprawiając w zakłopotanie klientki - kartki zalane gęstym kakao wyglądają jakby padły ofiarą braku papieru w toalecie.

Moja refleksja nie wynika z niechęci do Walentynek. O nie, co roku żona moja dostaje torbę cukierków albo pistacji, którymi delektuje się następne tygodnie (i rzadko zauważa drobne ubytki). Kwiatami z takim smakiem ciężko się delektować. Cóż, że dostaje je 13 lutego? Czy to nie piękny termin? Co najmniej równie pyszny ja 14, a kolejek w kwiaciarniach i cukierniach jeszcze nie ma. No i to poczucie "bycia pod prąd", aaaach, walentykowe szaleństwo!

poniedziałek, 4 lutego 2008

Konkurs literacki - na ciemne wieczory

W nieprzyjemne, lutowe wieczory, kiedy ziąb i plucha a do Arkhamu nie ma z kim siąść, człek chętnie myślą ucieka w do świata fantastycznego. Dobra książka jest wtedy na wagę złota, a jeśli fantastyczna - to nawet platyny albo niezubożonego uranu! Wystarczy zachorować i jak raz znajdzie się trochę czasu na czytanie. Niestety, jako zdrowy mogę jedynie po kawałku podjadać fabułę pożyczonego od Maćka "*****".

I tu, jak zwykle, zagadka. Z każdym z błyskotliwych zwycięzców wypalę fajkę pokoju z doskonałym duńskim Nightcap'em albo Black Ambrosia. A jak fajka, to i kieliszek koniaku się znajdzie...

Maciek - konkurs ciebie nie dotyczy, cwaniaczku!

Wiedźmin to nie tylko monstrum obrzucające granatami dziki buldożer. Nie tylko wojownik walący ze strzelby do oszalałego mechanizmu czy tropiący bojowego Ripa-espera. Wiedźmin to również osobnik spędzający długie godziny przed ekranem notebooka, w nieskończoność błądzący po Sieci z zaczerwienionymi z niewyspania oczami i odciskiem na palcu wskazującym, którym jeździ po prostokąciku touchpada i po ekranie monitora.


Jak mnie ten fragment porwał! Jak bliski wiedźminiego fachu się poczułem!
Konkurs ważny tydzień, czyli do 11.02.2008 lub do wyczerpania zapasów.