Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dźwięki rozliczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dźwięki rozliczne. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 listopada 2010

Na zimę reagujemy natychmiast

Jest śnieg, muszą być Kings of Convenience.
Przeczekali całą wiosnę, lato i jesień, i wreszcie smakują tak jak powinni.

Wykonanie niedbałe, montaż żaden, czysta forma tak jak trzeba. I jeszcze te okulary jak denka od butelek, jeszcze plamki na obiektywie kamery, ach, jaka pycha!

czwartek, 18 listopada 2010

Australian little Open

Angus And Julia Stone, z Australii.
Kolejny efekt wysiłku pracownika biurowego.
Są skoczniejsze dźwięki w taką pogodę, wiem, ale ja lubię takie, trochę niedokładne nagrania, na żywo i bez masteringu. I jednoręczne granie na trąbce.

wtorek, 16 listopada 2010

Pozoranci biurowi

W taki dzień można robić trzy rzeczy: słuchać muzyki, słuchać i grać w coś lub nic nie robić. Będąc w pracy mam piękny widok na Góry Zielone uginające się pod ciężarem niskich, nabrzmiałych chmur, z których wylewają się masy wody wpisane w koloryt listopada i staram się praktykować rozwiązanie pierwsze i trzecie. Na drugie przyjdzie czas, może nawet niedługo, bo klienta prowadzącego sklep z planszówkami odwiedzam regularnie i na długie godziny, szybko przechodząc od biznesów do spraw bardziej pasjonujących. To przyjemne, kiedy można łączyć pracę z przyjemnością.

Przy okazji słuchania - zespół o wdzięcznej nazwie Węgorze. Szyją przyzwoitego bluesa, wyglądają jak muppety i przyjemnie brzmią w taką pogodę.

sobota, 30 października 2010

A nie wygląda...

Kiedy wreszcie przesłuchałem ćwierć tony zaległej muzyki, która w niepojęty sposób przecieka mi na dysk i nie wiadomo jak go wypełnia, na sam koniec został mi album The Tallest Man On Earth, który nie wzbudził mojego zainteresowania do tej pory i ostał się nie rozpakowany, zapomniany na końcu kolejki. Litościwie dodałem go do playlisty i tak trwa od kilku dni, a my zastanawiamy się, skąd tacy ludzie się biorą i jakiego trafu trzeba, aby wreszcie, ku własnej rozkoszy ich odkryć.



Patrząc na niego w życiu bym nie powiedział, że wreszcie mam przed sobą godnego następcę Dylana. Może trochę bardziej sentymentalnego, może nie beczy kozim głosem na granicy falsetu, ale też ma w nosie wszelkie konwenanse, spójrzcie na ten wąs zadziorny z zeszłej epoki...



Smaku dodaje fakt, że chłopak jest, ni mniej ni więcej, tylko ze Szwecji, żaden tam Brytan czy Jankes, i jeśli ktoś by pamiętał, to w zeszłym sezonie o tej porze roku męczyliśmy Kings of Convenience, też ze Szwecji, a to znaczy ze zima już blisko i będzie sypać, ach jak będzie...

poniedziałek, 25 października 2010

Czas łagodności

Żeby szybko zatrzeć pewien niesmak, który mógł pojawić się po opublikowaniu poprzedniego posta (wierzcie nam, my też się wstydzimy za takiego psa!), szybko generuję nowy, który odwróci uwagę od...

A żeby, za pomocą kontrastu, podkreślić co trzeba - odwracacz uwagi jest łagodny i subtelny, dość już tego chamstwa w sieci. I raczej do słuchania, stąd rozmiar.

Zresztą, i tak niedługo skończy się rumakowanie, kiedy wreszcie PiS zacznie internet kontrolować. Żadnej psiej dupy się już opublikować nie da, chyba że przypominałaby Tuska.

niedziela, 19 września 2010

Na początek jesieni

Syndrom początku jesieni objawiać się może wielorako. Jedni zaszywają się w kącie z książką, inni spacerują obserwując liście i chmury, niekórzy cierpią na nadmiar sił twórczych. Wszystkich może zadowolić Gaba Kulka. Jeśli ktoś nie boi się Kulki w dużych ilościach to dodam, że świetnie komponuje się z szarlotką.

piątek, 10 września 2010

Metallica biesiadna

Wiadomo, jaka jest Metallica, amen. Idąc tym tropem niektórzy potrafią twierdzić, że takich świętości nie wolno tknąć nawet papieżowi, a co dopiero pół-Duńczykom. Wiadomo również, że nic nie smakuje równie dobrze, jak to, czego nie wolno.

Piosnka zgrana jak wojenne przyśpiewki, wydawałoby się - co nowego można z niej ulepić? A można...



poniedziałek, 26 lipca 2010

Zmiana biegu

Z trójki na dwójkę. Można uznać to za formę ewolucji słuchacza, bo poziom kulturalny obu stacji różni się dość znacznie. Zwłaszcza od kiedy trójka wypłynęła na mętne wody politycznej poprawności, rozumianej w wąski PiSowski sposób.

Program Drugi znany jest z mordowania słuchaczy Chopinem i pochodnymi, co zdecydowanie nie czyni go radiem populistycznym. Tytuł ten zdobyła za to Trójka i dzierży go mimo wysiłków tak dobrych redaktorów jak Mann czy Baron. Ale nie o tym.

Okazuje się, że poza Bachem na sto sposobów, da się w Dwójce posłuchać czegoś innego, zaskakująco dobrego, a wręcz wybitnego. Audycja po 23.00 w niedzielę, no proszę pana, Sjesta Kydryńskiego może się schować. Poza tym te konkursy, te zachwyty nad żywiołowym allegro D-dur, opus 37, te spokojne głosy mówiące no to teraz puścimy coś bardziej skocznego, po czym walą Beethovena...


poniedziałek, 14 czerwca 2010

Pan Trololo

Legenda, którą sprzedał mi Papryk, jest taka: za głębokiej komuny, w środku Rosji, Edward Khil napisał piosenkę o dzikim zachodzie. Temat był śliski, jednak piosenka okazała się na tyle chwytliwa, że kamienne serca cenzorów zgodziły się na kompromis: przepuszczą utwór, ale bez tekstu. Stąd też pan Edward wychodzi na scenę i swym donośnym głosem zaczyna wokalizę, ubarwiając ją rozbrajającymi gestami.

Jakiś czas temu ktoś odkopał przebój, który szybko stał się internetowym memem i zyskał popularność podobną do Jożina z Bażin. Edward Khil stał się znany jako Pan Trololo, pojawiły się o nim informacje na Wikipedii i wywiady na youtube, przeszła fala zbiorowej fascynacji tak lubianej w sieci. Pan Trololo był tym wszystkim mile zaskoczony. Pytał tylko, czemu tak późno.

 


środa, 28 kwietnia 2010

Kayah i Royal String Quartet

Muzyka słuchana na żywo, jeśli jest wykonywana w stopniu przyzwoitym, bije na głowę każdy odsłuch z płyty. Jest coś bardzo pierwotnego w atmosferze koncertu, byciu w grupie widzów i wspólnych oklaskach, które, jestem tego pewien, wyzwalają bliżej nie znane hormony zadowolenia, sytości kulturalnej i przyjemności podobnej do konsumpcji czekolady. Dlatego dobrze jest pójść na koncert, nawet nie najwyższych lotów.

Nowa płyta Kayah to pop opakowany w formę kwartetu smyczkowego. Słucha się tego z umiarkowaną przyjemnością, i gdyby nie fakt, że artystka odgrzewa własne i cudzie kompozycje, byłby to może album wyjątkowy. Kayah nie to zamierzała chyba osiągnąć, i wypuściła łatwy w przyswojeniu best of okraszony dźwiękami wiolonczeli i skrzypiec.

Koncert, na który bilety wygraliśmy, stał się przyjemnością bardziej z powodu tego, co wokół, a nie samej muzyki. Zawsze przyjemnie jest coś wygrać, to po pierwsze. Po drugie - wyskoczyć z domu, choćby na pół godziny, po którym to czasie Ula musiała awaryjnie wracać, bo Basia. Poza tym wreszcie, od zamieszkania w Górach Zielonych, zobaczyliśmy jak wygląda filharmonia od środka.


poniedziałek, 8 lutego 2010

Bon Iver, czyli tropem Kingsów

W ogromnej ilości muzyki, która ostatnio przekopuję z zacięciem prawdziwie archeologicznym, da się czasem znaleźć coś wyjątkowego. Nie żadne tam skarby i epokowe odkrycia, ale błyskotki, które cieszą oko. Jak na przykład taki Bon Iver - niezależny, nagrywa płytkę w odosobnionej chacie w Wisconsin, wydaje własnym sumptem. Takich lubię, tym bardziej jeśli to, co tworzą brzmi dobrze. A Bon Iver brzmi.






To jest takie granie, jakby siedział człowiek obok i grał do ucha. Słychać palce przesuwane na strunach gitary, oddechy i drobne potknięcia. Wszystko autentyczne, bez masteringu, plastiku i całego tego zadęcia, przemysłu i 65 zł za płytę, ja podziękuję.

niedziela, 24 stycznia 2010

Bez napięcia

Mój brat wyjeżdża na Wielką Wyprawę. Właśnie kupuje plecak, namiot i wszelkie sypialne utensylia, potrzebne do wygodnego spędzenia nocy w dziczy. Dodam, że wyjeżdża najszybciej za pół roku. Mimo to był dzisiaj i pożyczył już od nas palnik do maszynki gazowej.

Aby uniknąć takich, lub podobnych napięć możemy sobie posłuchać czegoś miłego. Na przykład Jose Gonzales albo Kings Of Convenience. Doskonale pasują do pracy przy komputerze, wołania zdjęć, chodzenia po ulicy lub pieczenia ciasta. Niektóre z wymienionych sytuacji przetestowałem osobiście.



Obu wykonawcom można śmiało powierzyć swe uszy nawet przy obecnych mrozach, bo pochodzą z północy i na pewno wiedzą co to zima. Niektórym może się wydać, że Jose brzmi mało szwedzko, chociaż Szwedem rodowitym jest; zaś ostatnią płytę Kings nagrywali na Hawajach, więc gdzie tu do naszej zimy. Zapewniam jednak, że z ich łagodnych kompozycji można wyłuskać dużo słońca, a także witamin i minerałów.

Nie jest to dawka nadzwyczajnie oryginalna ani wybitna jeśli chodzi o historię muzyki. Ma jednak tą niebagatelną cechę, że celnie może wprowadzić w stan rozluźnienia inside and outside. A styczeń ma to do siebie, że rozluźnienia w nim jak na lekarstwo.


środa, 20 stycznia 2010

A wszystkiemu winna zima

Zacznę od dowcipu.

W zoo lew wyskoczył z klatki. Tłum gapiów rzuca się do ucieczki a lew za nimi. Biegną ile sił, ale okazuje się, że jest wśród nich kulawy, który zostaje w tyle. Wszyscy krzyczą:
- Zjedz kulawego! Zjedz kulawego!
A kulawy na to:
- Dajecie mu spokój. Niech sam zdecyduje, kogo zje.

Poza tym to jest dzień totalnego niewyspania. Z głowy mi sterczą włosy we wszystkich kierunkach, nieukładalne, czego nie rozumieją klienci, tylko patrzą z rozbawieniem. Obijam się o przedmioty gospodarstwa domowego, rękawiczki zahaczają mi się o klamki, szalik przytrzaskuje w drzwiach. Najlepsza jest koszula. Uparcie i niezmordowanie wyłazi to przodem, to tyłem, choćbym nie wiem jak jej pilnował. Gdybym był szefem wielkiej firmy, wywiesiłbym kartkę na drzwiach mojego biura: wracam z końcem zimy. Będąc jednak małym pracownikiem Sklepów Elektronowych przyklejam informację przerwa do 14.30. I też jest nieźle.

Dodatkowo ilustracja muzyczna.


wtorek, 22 grudnia 2009

Muzyczne rarytasy na pierwszy dzień zimy

Zaczęła się kalendarzowa zima i należy to uczcić odpowiednią muzyką oraz lampką brandy. Muzykę smakujemy od razu a na brandy przyjdzie poczekać do powrotu do domu.



Eh eh, kiedyś ta płyta wypełniała mi cała głowę, w dodatku nie zimą a latem upojnym. Kojarzy się dobrze, i lubię ją właśnie dlatego. Bo się kojarzy.Taka kotwica w przeszłość.

A skoro już jesteśmy przy smakowaniu dźwięków, to gdyby spełniło się jedno z moich małych marzeń, aby trafić do Trójki, do audycji Prywatna kolekcja, i gdybym wtedy miał możliwość puszczenia tych kilku utworów, które... to byłby jeden z nich.

piątek, 18 grudnia 2009

Granie na śnieg i mróz

Zasypało nas całkiem. Góry Zielone są już zupełnie białe, w dodatku zmrożone do ponad -10 stopni. Na pochyłych dachowych oknach znów zbiera się gruba warstwa śniegu. Budzimy się jak w igloo. Ciężko wyjść z domu, zanim się człowiek zorientuje - jest już ciemno. Dobrze w takich chwilach robi odrobina koniaku i odrobina muzyki. W dowolnej kolejności i proporcjach.

Podesłana przez Kulaka Alina Orlova z Litwy. Muzyka w sam raz do obserwowania jak powoli wirują w powietrzu płatki śniegu, jak zachodzi słońce a dzień zmienia się w noc.






Można też pójść w drugą stronę, w mroźną zamieć, ciemną noc trwającą wiele tygodni, mróz od którego pękają skały. Głos Fever Ray, wyobraźnia własna.


niedziela, 6 grudnia 2009

Zagadka muzyczna dla wytrwałych

Przeszukałem cały internet i znalazłem tylko marny fragment na jakimś niemieckim amazonie. Kto mi odnajdzie cały utwór, ten może liczyć na słoik świetnego smalcu ze skwarkami, własnej roboty, palce lizać. Do tego chrupiący chlebek gratis.

Album: Christmas in Cuba
Wykonawca: Luis Frank Y Su Tradicional Habana
Tytuł utworu: Last Christmas
Rzeczony fragment

Kawałek mnie podbił całkiem. O ile oryginał zgrany jest do nieprzytomności przez wszystkie stacje radiowe, młócące go w kółko w okolicach Bożego Narodzenia, o tyle kubańska wersja jest tak niesforna, tak z czapki, że przejść obojętnie nie można.

Dodam, że smalcu mam ledwo trzy słoiki. Ilość wciąż się jednak zmniejsza...

piątek, 4 grudnia 2009

Antybiotyki dźwiękowe

Ostatnie odkrycie trójkowe. Wspaniałe. Zasłuchuję się tym w pracy. Dobre na ten czas nudny, kiedy w stopy zimno i by się chciało cokolwiek, byle dalej stąd. Dawka zalecana minimum 4x na dzień, i raz przed snem.
Z dedykacją dla mojej żony cudownej.

wtorek, 3 listopada 2009

Dziewięć, dziewięć, wszędzie to dziewięć...

Grzebałem, grzebałem i wygrzebałem. Dawno nie słuchany Damien Rice zaskoczył mnie teledyskiem, bo kawałek obtłuczony jak, nie przymierzając, finałowa scena. Wybitnie na jesień.

W ogóle, to może z tą dziewiątką ostatnio jest trochę przesady! Utwór nazywa się 9 crimes, a o innych aspektach liczby 9 pisała Ula tutaj, i już sam nie wiem co o tym myśleć.

czwartek, 17 września 2009

Niespodziewany rarytas muzyczny

Przyjemnie jest siąść z żoną, wieczorem, ciasto drożdżowe, herbatka, pitu pitu, jakiś film nowy albo i dwa.

Przyjemniej jest siąść i niespodziewanie odkryć, że dzisiaj czwartek, 17 września, na dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie gra Lisa Gerrard i Klaus Schulze a Trójka transmituje na żywo. Nic tylko wykorzystać zajęte pozycje do jakże staromodnej rozrywki zwanej słuchaniem radia.

Koncert zaś jest warty wysłuchania z kilku powodów:
- Dead Can Dance już w zasadzie nie koncertuje, bodajże od 1998, kiedy to zawiesili działalność;
- 17 września Armia Czerwona wkroczyła do Polski, a koncert poświęcony jest temu wydarzeniu, jak również wybuchowi wojny. Będzie można usłyszeć premierowy kawałek „Hommage a Polska”;
- na scenie ma się pojawić również Tomasz Stańko;

Specjalny utwór właśnie przebrzmiał. Pycha.

piątek, 28 sierpnia 2009

Kompletnie zalamuciali

Zalamuciały (czyt. z-alamu-ciały) -
1. staropolskie - zadurzony, pochłonięty, np. Pani Heleno, ja na pani punkcie zupełnie zalamuciałem!;
2. spotniały od upału. Zalegający horyzontalnie z rękoma rozrzuconymi na boki, rozgrzany do nieprzytomnej lepkości, przechodzący w nowy stan skupienia. Starożytni Grecy często bywali po stokroć zalamuciali, kiedy zalegali pod oliwnymi drzewami upojeni rozwodnionym winem i dyskursem filozoficznym. Stan zalamuciały występuje szczególnie często w strefie gorącej, w Polsce spotykany w okresie wakacji, zwłaszcza późnego sierpnia.
3. pochłonięty słuchaniem Alamuta*

*Alamut -
1. zespół idealny dla ludzi zalamuciałych. Muzycznie dopracowany, subtelny i przekorny, ponoć zrobił niezłe zamieszanie na polskiej scenie muzycznej, głównie z powodu nowatorskiego podejścia do folku i jazzzu. Bo tak, to zespół polski, nie uwierzyłem dopóki trzy razy nie zobaczyłem składu, polski na całej linii, że tylko przeprosić, nie miałem racji, jest co słuchać i u nas.
Wydali jedną płytę, wychodząc ze słusznego acz bardzo rzadko spotykanego założenia, że lepiej raz a dobrze niż co godzinę byle jak. Płyta rozkłada na łopatki, co zresztą w taki upał nikomu krzywdy nie robi, wręcz przeciwnie, miło tak poleżeć. Rozkłada całkiem, rozkłada czule i bez litości, i tylko delektować się z wieczora.

Strona Alamut, do posłuchania, do oglądania też. Więcej każdy własnym sumptem, viva eMule, viva Rapidshare!

2. jakaś tam góra z jakimś staruchem, pewnie z brodą