Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pani domu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pani domu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 października 2010

Festiwal Dyni - Risotto z dynią i kalarepą



Z okazji Festiwalu Dyni odbywającego się na blogu u Bei postanowiłam spróbować swoich sił w dyniowych przepisach. Skorzystałam z dwóch znakomitych przepisów z Kwestii Smaku na ciasto dyniowe (pieczone przez Franciszka) oraz na racuchy. Przepis, który tutaj podaję jest moją wersją na temat risotta i dyni.

Risotto z dynią i kalarepą



Szukałam czegoś co może zjeść z nami także Basia. Przypuszczam, że przepis nadaje się dla dzieci od 8 miesiąca.

szklanka ryżu (im lepszy ryż, tym smaczniej)
ok. 3 szklanek gorącego wywaru warzywnego
2-3 marchewki
dynia (po pokrojeniu w kostkę potrzeba ok. miseczki)
kalarepa
pomidor
łodygi selera
ząbek czosnku
starty ser żółty
bazylia (najlepiej świeża)
4 łyżki oliwy lub oleju
sól


Warzywa kroimy w kostkę. Podsmażamy je na oliwie z czosnkiem. Następnie dodajemy ryż, aby ziarenka wchłonęły część tłuszczu. Wlewamy część wywaru warzywnego, solimy mieszamy i gotujemy na wolnych ogniu. Kiedy jest potrzeba dolewamy wywar, ale uważamy, aby nie rozgotować ryżu. Na koniec posypujemy wszystko żółtym serem, bazylią i chwilę czekamy, aby risotto nabrało smaku.
W tej potrawie doskonale uzupełniają się ostrzejszy smak kalarepy z łagodnym smakiem dyni.


środa, 8 września 2010

Sprzątam bo muszę

Taka jest prawda. Gdyby ktoś to robił za mnie to nie miałabym nic przeciwko, a już na pewno nie chodziłabym ze szmatką i nie poprawiała. Kiedy wiem, że przyjdą goście, dopiero wtedy biorę się do pracy. Bardziej od sprzątania nie lubię podejmowania rodziny i znajomych pośród brudnych naczyń oraz niepochowanych ubrań. Dlatego niezapowiedziani goście, choć mili, to trochę mnie deprymują.

Oczywiście bez przesady. Ogarnę to co trzeba, w końcu liczy się pierwsze wrażenie. Jeśli ktoś jest dociekliwy to i tak sobie kurz za kanapą znajdzie.

Co jednak, jeśli goście w ostatniej chwili przekładają wizytę, kiedy wszystko już lśni czystością? I to dwa razy? Dom zaczyna nabierać niebezpiecznie zadbanego charakteru. Co więcej! Powoli dochodzi do sytuacji, kiedy już nie obawiam się niespodziewanych wizyt.
A jeśli przywyknę?! Będę musiała sprzątać codziennie?!

Na szczęście Basia doprowadza mnie do pionu, a raczej dom do oswojonego już bałaganu.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Przeprowadzka - odkrywanie nowego lądu

W zmianie miejsca zamieszkania ekscytujące jest odkrywanie na nowo wszystkiego, co do tej pory było oczywiste. Zasłony przesuwają się nie tak jak dawniej, klucze w zamku kręcą w odwrotną stronę, a nocą, kiedy bez okularów idzie się do toalety, ręka sama szuka klamki w całkiem innym miejscu. Wytyczamy nowe szlaki z psem, który, zdezorientowany obcym środowiskiem, musi wywalczyć sobie teren na zasadzie inwazji z zewnątrz. Jedynie dziecku jest wszystko egal, dopóki mama jest w zasięgu wzroku.

Im dalej posuwamy się w dekompresji naszego dobytku, tym silniej odczuwamy jego nadmiar. Niezliczone pudła i pudełka eksplodują jak purchawki, wypluwają sterty papierów, na które już nigdzie nie ma miejsca. Upychamy je trochę bez sensu, a trochę z nadzieją, że ktoś kiedyś będzie się z nich cieszył, skoro na bieżąco nie są do niczego potrzebne. Dokonujemy zmian przeznaczenia, tych zmian, które uwielbiamy, kiedy zwykły przedmiot nagle udowadnia, że przypisana mu przez niezliczone pokolenia funkcja jest jedynie bladym cieniem jego możliwości. Smutne i zaniedbane biurko z nadstawką staje się w ten sposób kredensem kuchennym; obrusy zwisają z karniszy, butelki to młotki, a młotki to znakomite uchwyty do gorących naczyń kuchennych. Świat przestaje być mono, a robi się bardziej stereo, którego za Chiny nie mogę złapać dla PR 2, mimo że legendarna czułość Yamahy...

czwartek, 27 maja 2010

Z życia zapracowanej mamy

Napisałam tytuł i od razu dopadła mnie myśl, jaka ja zapracowana - przecież nic nie robię tylko siedzę z Basią.

Znalazłam wczoraj ciekawy artykuł na temat mitu Matki Polki Poświęcającej się. Przeczytałam, pokiwałam głową, bo przecież jestem już sfeminizowana i oświecona, i ten problem mnie nie dotyczy. A tu masz! Mimo, że pracuję w zmianie 24 godzinnej to i tak najwyraźniej nie dość, skoro wewnętrzny głos poddaje w wątpliwość moje zapracowanie.
Bo w końcu, czy to dużo być
- uśmiechniętą
- cierpliwą
- kreatywną
- skoncentrowaną
- pełną siły potrzebnej do kilkugodzinnych spacerów w chuście
- szczęśliwą
- i do tego permanentnie niewyspaną?

Dużo.

Więc dogadzam sobie
kiedy tylko mogę
kawką, lodami,
i smakołykami.
W końcu sama chciałam
czego się spodziewałam.

czwartek, 6 maja 2010

Na śniadanie trzy śrubki

Od pewnego czasu znikają w naszym domu metalowe przedmioty. Już kilka tygodni temu odkryłem brak śrubokrętów, zaczęły też ginąć sztućce i przybory kuchenne. Czasami zdawało mi się, że słyszę w nocy chrupanie, ale zrzucałem je na karb przemęczenia. Kiedy chciałem naprawić cieknący kran, okazało się że nie mam ani jednej śruby. Znalazłem tylko poobgryzane łepki od co grubszych sztuk.
Zacząłem czytać w internecie. Szybko trafiłem na informacje dotyczące szkodników, jednak żadne z nich nie jedzą żelaza w takich ilościach. Kiedy poinformowałem żonę o moich spostrzeżeniach jakoś dziwnie się spłoszyła i szybko zmieniła temat. To naprowadziło mnie na pewien trop.
Gdybym wiedział wcześniej pewnie nie musiałbym tłumaczyć się dzisiaj sąsiadom z nadgryzionych klamek i nadkruszonych poręczy schodów. Któż jednak mógł przypuszczać, że kobieta karmiąca w pewnym momencie potrzebuje tak dużo żelaza! A to wszystko po to, aby dziecko rosło zdrowe i nie miało anemii.

piątek, 16 kwietnia 2010

piątek, 26 lutego 2010

Blog roku 2009

Blogi z gatunku, który uprawiamy rzadko zdobywają nagrody. Bo przecież nie używamy wyrazów brzydkich, nie opisujemy intymnych szczegółów naszego (po)życia, nie rozpowszechniamy szokujących plotek i o zgrozo! nie walczymy o miejsca w wyszukiwarkach. Zatem, czy może być coś dla nas, kulturalnych ludzi, ciekawego w tych blogach wszetecznych zdobywających miejsca w konkursach?

Okazuje się, że może.
Pierwsze miejsce w konkursie "Blog roku 2009. Kategoria: Moje zainteresowania i pasje" wygrała Stanikomania. Ha ha, pomyślałam, blog o staniach. Już nie mają ludzie o czym pisać!
Z ciekawości weszłam i już zostałam :)
Serdecznie polecam artukuł tym, którzy traktują staniki jako zło konieczne. Na inne fora i strony już łatwo trafią ci, których temat zainteresuje. Ja w szczegóły się nie wgłębiam, bo to przecież taki kulturalny blog i nie wiem, czy wypada tu pisać o zwykłej bieliźnie.

Zresztą, nie takiej zwykłej, jak się okazuje.

piątek, 25 grudnia 2009

Boże Narodzenie

Świat się zmienia, ludzie się dziwią, jak zauważył w poprzednim poście F. Dwa lata temu było nas dziewięcioro, teraz było osób jedenaście. Dwie nie zajmowały jeszcze miejsca przy stole, ale wymagały uwagi nieproporcjonalnie dużej do swojej wielkości. Nie pomagały też w śpiewaniu kolęd, chociaż miały swój wkład w oprawę muzyczną Wigilii. Mowa oczywiście o Basi i Róży.



Na zdjęciu widać Basię w chuście Jade Fog. Widać również kawałek jej mamy, co można czytać symbolicznie. Mniej tu mamy, więcej córki. W tle widać również czerwone światełka choinki, a dziecko śpi. To również należy właściwie zinterpretować. Było spokojnie i przyjemnie.

Pochwalę się jeszcze, że zdążyłam upiec dwa ciasta. Piernika i keksa. Przepisy bardzo polecam, bo wychodzą przepysznie.

środa, 2 grudnia 2009

Klęska urodzaju - chusty

Jak zapewne zauważyliście noszę nasze dziecię w chuście. Z chustami jest jak z samochodami, żeby się przemieszczać wystarczy zwykły maluch. Więc czemu wszyscy nie jeździmy fiatami?

Nie będę tutaj wdawać się w niuanse "chustonoszenia". Chust jest kilka rodzajów. Ta z którą jestem na zdjęciu w Nigerze to kółkowa, a najpopularniejszy rodzaj to chusty wiązane. Mają średnio 5m i należy owinąć się nimi w stosowny sposób. Wśród nich są chusty tkane, specjalny bardziej wytrzymały rodzaj. I teraz dochodzimy do sedna, bo tkanych jest ich wiele wiele wiele rodzajów. Są tanie i drogie, ekskluzywne, kultowe, eleganckie, kolorowe, tkane ręcznie i maszynowo. Tylko wybierać.
Najciekawsze są oczywiście ten najdroższe. Na TBW, największym międzynarodowym forum poświęconym noszeniu dzieci, tryumfy święci Pamir produkowana przez... Czechów. Teoretycznie można kupić ją już za 600 zł. Tylko teoretycznie, bo jest ona tkana tylko w jednym warsztacie na stuletnich krosnach. Czeka się na nią kilka miesięcy, albo dłużej. Niektórzy żartują, że dziecko zdąży wyrosnąć z noszenia, zanim ta chusta przyjdzie. Dlatego na TBW ostatnio pojawiła się Pamir za bagatela 1000$ wzbudzając powszechny zachwyt. Oto ona:


Pamir

Ja Maibachami jeździć nie muszę, wystarczy mi zwykły Mercedes. Wymarzyła mi się chusta norweskiej firmy Ellevill. Mam ją w tej chwili pożyczoną w domu, więc wiem, że jest dokładnie taka, jak bym chciała. Z Ellevilla spodobały mi się dwa modele:


Zara Chocco


Jade Fog

Są dosyć trudne do dostania. Jeśli pojawiają się w sprzedaży na forach to znikają natychmiast. Trudno jest mi się zdecydować, która podoba mi się bardziej, więc stwierdziłam, że którą upoluję tą kupię. I co?
W jednym dniu pojawiły się dwie oferty:
Zara Chocco i Jade Fog. Decydować muszę szybko, a cena podobna.
Jak ja teraz zasnę?

środa, 25 listopada 2009

Żur poranny, żur zły

W nocy z poniedziałku na wtorek Basia nie znała litości. Wstałem tak przed ósmą, bo już nie warto było spać, ciągle jakieś ryki i szturchania, weź ty się tak nie rozpychaj, przecież ją zgnieciesz do szczętu. Byłem bardziej zmęczony niż kiedy się kładłem. Pies schował się na tą okazję pod kanapę, przezornie, instynkty ją ostrzegły. Na śniadanie nie miałem ochoty, do wyjścia do pracy zostało sporo czasu. W przypływie nieokreślonej żądzy zemsty zacząłem robić obiad.

Tłukąc garami niemiłosiernie, wlałem chyba ze trzy litry wody, wrzuciłem kostki rosołowe i inne chabazie, celem zrobienia żuru. Dopełniłem zakwasem i już była pora do pracy, to poszedłem.

Wieczorem odkryłem, jaką potworność stworzyłem. Żur pyszny, niestety, ale w ilościach tak przemysłowych, że moglibyśmy w nim Basię kąpać. Jemy go, jemy, a dna nadal nie widać. Dzisiaj zacząłem dzień do żuru, na obiad będzie żur, a zamiast herbaty przy komputerze pewnie sobie żur będę sączył. Nie cierpię poranków, zwłaszcza gdy ich konsekwencje są tak globalne.

piątek, 23 października 2009

Ucieczki

Ucieczki z domu oczywiście.

Tak się jakoś złożyło, że dwutygodniowe niemowlę nie jest łatwo zostawić samo w domu i to nie z obawy, że pokasuje pliki w laptopie, czy wgra nielegalne oprogramowanie. Jak więc nacieszyć się jesienią i uciec z domu na zewnątrz? Oczywiście przez okno widzę, że nie ma za bardzo czym się cieszyć, bo jasień jakaś licha, ale dwa tygodnie w czterech ścianach zupełnie mi wystarczą.

Jeśli nikt nie może zaopiekować się naszym słodkim maleństwem, należy oczywiście wziąć dziecko ze sobą. Drugie piętro i wózek to nie bajka, szczególnie, jeśli nagle coś odlatuje, bo nie było dobrze przypięte, ale dla zdesperowanego nic trudnego. Tak oto mamy z Basią za sobą pierwszy spacer. Byłyśmy oczywiście u taty w sklepie. Zajrzałam przez okno. Mąż mój nie okazał zdziwienia, przecież często do niego zaglądam. Zaraz, zaraz, zdawało się mówić jego spojrzenie i dopiero po chwili coś w wyrazie oczu zmieniło się. Jak się okazuje, nie można tak zaskakiwać z zaskoczenia.

niedziela, 18 października 2009

Moment

Karmienie, przewijanie, kąpanie to są wszystko proste sprawy, mechaniczne umiejętności nie mające nic wspólnego z rodzicielstwem.

Moment, kiedy stajemy się rodzicami, jestem o tym przekonana, to ta chwila, kiedy chcemy wyjść i zostawić dziecko samo. Niech się wypłacze, przecież kiedyś przestanie.

Zamiast tego znów bierzemy je na ręce (chociaż w środku wszytko jest przeciwne, chcemy uciec jak najdalej), bo przecież nie powinna być sama. Może jej nie pomożemy, ale przynajmniej będziemy blisko.

niedziela, 27 września 2009

Nie wyrzucaj krawatów po dziadku

Przy niedawnej okazji wydobyłem z szafy stertę krawatów, sztuk może z 15, wszystkie bardziej niż retro. Czarny w pomarańczowe groszki, zielone mazy na szarym tle, kolorowe wzorki na tkaninie podobnej do taniej wykładziny... Na studiach uważałem je za szałowe i zamierzałem nosić, ba, nosiłem na niektóre imprezy, nie ja jeden zresztą. Wczoraj przeglądałem je ze zgrozą, szukając jakiegoś alternatywnego zastosowania, bo przecież do koszuli i garnituru to one przenigdy, ich era chyba już nie wróci, nawet w najodważniejszych subkulturach. Zastosowanie odkryłem całkiem niespodziewanie.

Powiązanie ze sobą sześciu krawatów zajęło mi chwilę. Umocowanie do szczytu schodów i testy wytrzymałościowe - niecałe 10 minut. Efekt był jak najbardziej satysfakcjonujący: lina asekuracyjna do wspinaczki dla kobiet ciężarnych. Wszystkich planujących powiększenie rodziny zapraszam na prezentację i darmowe szkolenie!

sobota, 27 czerwca 2009

Rozpoczynamy akcję URLOP

Plecaki spakowane, powoli docieramy do miejsca przeznaczenia. Ja z pewnym przeskokiem, nocuję we Wrocławiu, a jutro z rana ruszam nad morze.
Franciszek wyruszył dziś o 10 rano. Nie chcę tutaj psuć mu przyjemności opisania podróży, ale do tej pory jeszcze jadą.
Tak, zgadza się - rozjechaliśmy się po Polsce. Taki jest pierwszy etap naszego urlopu. Żeby się sobą nacieszyć trzeba się trochę natęsknić. Najlepiej tydzień, nie dłużej.
Drugi etap to wspólny wyjazd w jakże znaną nam i obłaskawioną dzicz. Tym razem nastąpiła pewna zmiana. Laptopy i inne "nieurlopowe" przedmioty zostawiamy w domu. O tym co dalej nie myślimy i nie mówimy.
A teraz zapraszam do wspólnego trzymania kciuków - oby się nam deszcz na głowy nie lał.

piątek, 8 maja 2009

Na dworze pada, i co z tego?

Dokonuję ostatnimi czasy wielu rezerwacji, manipulacji i operacji. Ta jest najważniejsza.



Już sobie zazdroszczę.

pst. Może nie wiecie, ale w pokoju będzie bezpłatny dostęp do internetu...

czwartek, 9 kwietnia 2009

Wiosenne kszanienie

Żona moja, dbając o rodową tradycję, postanowiła zrobić chrzan. Wrzuciliśmy program drugi polskiego radia, w sam raz do tej czynności, w sumie my i oni robimy to samo. Ostrugałem buraczki, dzięki czemu moje dłonie nabrały wyglądu rąk seryjnego mordercy. I przyszła pora na gwóźdź programu.

Kuchnię mamy zcybernetyzowaną w stopniu podstawowym. Czyli mamy robota. Robot ma już na swoim koncie wiele spektakularnych zwycięstw kulinarnych i jego pozycja Głównego Tracza jest ugruntowana. Poza tym właścicielka darzy go znacznym afektem, co prowadzi do wielu eksperymentów z cyklu "ciekawe, czy z tym też sobie poradzi?" Tym razem padło na chrzan, ku mojemu niekłamanemu zadowoleniu.

Pierwsze wyniki były w najwyższym stopniu zadowalające - korzeń został zmielony w czasie szybszym niż trwa sygnał programu drugiego PR. Gdy jednak doszło do oceny wyników, jakość dosłownie powaliła nas z nóg. Wszelkie wątpliwości, czy chrzan aby nie za słaby, stopniały jak śnieg w słońcu. Kuchnia wypełniła się aromatem o kalibrze broni biologicznej, i nawet maska gazowa trzymana na takie okazje okazała się bezużyteczna.

Pozostał niepokojący problem do rozwiązania - co dalej. Każde zbliżenie się do pojemnika z tą morderczą substancją doprowadzało do płaczu i okrzyków, często niecenzuralnych, biedna dziecina musiała w łonie matki tyle się nasłuchać okropności. Bez maski było ciężko, w masce jeszcze gorzej, gdy oczy zachodziły łzami a powierzchnia szkieł momentalnie parowała. W końcu, po kilku, prawie samobójczych, próbach udało się zamknąć dżina do pudełka.

Niespodzianka czeka na stół wielkanocny. Szczęśliwy Aladyn uwolni demona. Nie ma co mówić, stworzyliśmy potwora, którego nawet nasi dziadowie by się nie powstydzili!

niedziela, 8 marca 2009

Dzień kobiet, ze szczyptą prowokacji

W zeszłym roku nie podjęłam tego tematu. W tym roku poziom hormonów w organiźmie nie pozwala mi siedzieć cicho.


Chyba nie lubię dnia kobiet. Feministki wychodzą na ulicę, z drugiej strony wychodzi Młodzież Wszechpolska skandując takie głupoty, że strach słuchać. Zgadzam się z hasłami manify, ale forma moim zdaniem jest zupełnie chybiona. Krzyk, szokująca forma - nie tak moim zdaniem kobiety powinny domagać się swoich praw. Oczywiście, manifestacja dodaje siły głoszonym poglądom, ale chyba coś jednocześnie odbiera. Czemu hasła antyfeministyczne głoszone są w salach, salonach, kościołach, a feministyczne spycha się na ulicę?

Kobieta zdaniem niektórych nadaje się tylko do rodzenia dzieci. Tak, owszem, PRAWDA. Mężczyźni nie nadają się do tego. Cud narodzin zdarza się wyłącznie w ciele kobiety. Uważam też, że nie powinniśmy tego cudu czcić, tylko go szanować. Ta wcale nie subtelna różnica, umyka czasem obu stronom sporu.

To nie znaczy, że kobiety powinny wyłącznie rodzić i nic więcej. Moim zdaniem społeczna hierarchia obu płci powinna być jednakowa, a nie role kobiet i mężczyzn. Ponoć już na dzisiejszym etapie rozwoju technologicznego obecność samców nie jest konieczna do przetrwania gatunku. Ta świadomość wystarczy za wszystkie kwiatki.

czwartek, 12 lutego 2009

Kiedy się nie chce - oszukuj

Wiadomo, czasem się chce, czasem się nie chce. Kiedy się chce, mogą wyjść z tego genialne rzeczy. Kiedy się nie chce, należy oszukiwać. Przede wszystkim siebie.

Przez kilka ostatnich dni raczyłam nas różnymi wyszukanymi daniami z wielu regionów świata. Nie dziś.
Dziś zagotowałam wodę w garnku, potem zagotowałam ponownie, bo cała wyparowała, wsypałam dwie błyskawiczne zupy z torebek. Nie gotowałam ich, bo były to zupki do zalewania. To nie ma znaczenia.
Ważne, że mogę nalać sobie z garnka przepyszną zupę pomidorową, ze świeżą bazylią i oliwą z oliwek.
Ważne, że ciepła, a o niuanse smakowe zadbam kiedy indziej.
Ważne, że czuję się najedzona i idealnie oszukana.

Już niedługo pochwalę się nowymi przepisami i to nie tylko na blogu, ale przede wszystkim na imprezie urodzinowej. Od kilku dni wymyślam co takiego podać gościom zamiast uczciwie zajmować się jogą.
Ten kto wie, niech przyjeżdża w piątek, bo sama się z tym nie uwinę :)
Męża od razu usprawiedliwię, jego domeną jest rura i szmata. A co!

W przyszłym tygodniu znajdę trochę czasu, to wtedy napiszę o nowych roślinach, a dokładniej sadzonkach w Zielonej Górze.

sobota, 20 grudnia 2008

Kuchnia obrazkowa

Jestem wzrokowcem. Nic tak nie przemawia mi do wyobraźni, jak ładny obrazek, czy zdjęcie. W zależności od kontekstu wydziela mi się adrenalina, soki żołądkowe lub wszystko na raz.
Przepadam za deserami i jest to kulinarny gatunek (jeśli mogę tak napisać), w którym się spełniam, lubię eksperymentować, a nawet tylko czytać przepisy.

Jakiś czas temu miałam przyjemność spróbować deseru o nazwie crème brulée i od razu postanowiłam nauczyć się, jak się go przyrządza. Na postanowieniu się skończyło, aż kilka miesięcy później wpadły mi w ręce przepisy z kuchni francuskiej drukowane, wstyd przyznać, w książeczce reklamowej jakiegoś hipermarketu. Ponieważ leżała ona u teścia, więc wyrwałam odpowiednią stronę, i tak nie będzie mu potrzebna!, a potem ruszyłam do dzieła.
Przepis był dziwny, ja jestem dosyć niecierpliwa i kiedy już włożyłam wszystko do piekarnika dopiero wtedy zaczęłam czytać, co na to internet.
A tam strasznie! Że deser jest trudny, że potrzebuję palnika do zrobienia właściwej skorupki, że nie wolno zagotować śmietany (moja gotowała się radośnie), że robi się go kompletnie inaczej niż ja robiłam. Krem wyszedł pyszny, mimo że na pewno nie był brulée.
Tak powinien wyglądać.



Obrazek pochodzi ze strony kwestiasmaku.com i od chwili, kiedy zobaczyłam zdjęcia na tej stronie znów wróciła mi ochota na pieczenie. Nawet ciasta drożdżowego. W najbliższym czasie na stronie będą pojawiać się różne przepisy. Lubię mieć je na blogu, pod ręką.

Zacznę od naleśników francuskich. Wzbudzają entuzjazm i mój, i Franciszka. Z Kwestii Smaku.
Przepis na naleśniki:

• 150 g mąki
• 1 łyżeczka cukru pudru
• 2 jajka
• 240 ml mleka
• szczypta soli
• 3 łyżki roztopionego masła lub oleju (ja daję olej z pestek winogron)
• olej roślinny do smażenia


Wykonanie:

Mąkę przesiać, dodać cukier puder, jajka, mleko i sól. Zmiksować, przykryć ściereczką i odstawić na 30 minut. Przed samym smażeniem dodać do ciasta roztopione masło lub olej i wymieszać. Naleśniki można smażyć na suchej patelni (tylko pierwszego naleśnika usmażyć na oliwie) lub też wszystkie kolejne naleśniki smażyć na tłuszczu.

* Naleśniki smażyć z dwóch stron na średnio rozgrzanej patelni teflonowej z cienkim dnem.
* Naleśniki można smażyć od razu, nie czekając 30 minut, ale najlepsze są i najlepiej się smażą naleśniki z ciasta, które “odpoczęło”.
* Naleśniki można smarować dżemem, musem jabłkowym lub smażonymi na maśle owocami np. brzoskwiniami. Można je też przekładać nadzieniem z sera białego (przepis poniżej).
* Naleśniki z nadzieniem można składać w trójkąty lub zwijać w rulony. W takiej postaci można je odgrzewać na patelni na wolnym ogniu. Podawać np. z dodatkiem bitej śmietany lub kwaśnej i gęstej śmietany czy też jogurtem owocowym. Dobrze smakują posypane cukrem pudrem.


Nadzienie z sera białego do naleśników: 1 kostka sera białego tłustego lub półtłustego roztarta widelcem na gładką masę z dodatkiem 1 jajka i 2 - 3 łyżek cukru. Jeśli ser biały jest suchy, do nadzienia można dodać trochę śmietany.

Nadzienia jeszcze nie robiłam, ale naleśniki kilkakrotnie. Tak jak w przepisie smażę na tłuszczu tylko pierwszy, pozostałe "na sucho". Smażą się się błyskawicznie i bez przypalania. Dla mnie rewelacja.

czwartek, 4 września 2008

Pojedynek z ultra-piekarnikiem

Po odkryciu, że piekarnik działa dużo sprawniej, jak podłączyć go do prądu, zabrałem się za robienie in-door grilla, taki koncept na dzisiejszy obiad. Napakowałem mięsiwa, karkóweczka jak się patrzy, wetknąłem łaskawie wtyczkę do gniazdka, teraz to już łatwizna, myślałem, nawet nasz ultra-toster-wszystko-w-jednym da sobie radę. Zostawiłem go samego, dając wolną rękę, nie będę przeszkadzał specowi, w końcu wie, co robi, zajmę się raczej czynnym protestowaniem przeciw zbrojnej napaści, gruzińskie Saperawi z wdziękiem cmoknęło i wypełniło szklaneczkę, wytrawne niech go licho.

Po pierwszym łyku byłem już pewien, że Gruzini mają czego bronić, po drugim i nowym albumie Vlatko Stefanovskiego (ten, co to wiesz, gitara i Ucie me majko) rozgrzewałem palce nad klawiaturą, przy trzecim huknęło i zgasło światło. Przestaszona Bomba schroniła się pod stół, właściwy odruch chyba z czasów gdy jej przodkowie zamieszkiwali nory, ręce zawisły mi nad klawiszami a z kuchni nadpłynął swąd palonej instalacji, nieomylny znak, że tą drogą obiadu zrobić się nie da.

Ze spokojem egzorcysty wdrapałem się do skrzynki z bezpiecznikami i pstryknąłem na położenie "dom jasny". Uprzednio podziękowałem ultra-tosterowi za współpracę. Wyglądał na trochę urażonego, prychnął groźnie siwym dymkiem ale jakoś przebolał własną niekompetencję. Po paru chwilach pies ostrożnie wrócił na swoje posłanie, co oznaczało, że sytuacja się normuje i można już włączyć komputer. Karkówka tymczasem powędrowała do konwencjonalneg piekarnika, spiekła się znakomicie, ani krzyny surowizny, ach, potem trafiła na miejsce docelowe, a w połączeniu z winem miejsce docelowe zarządało sjesty, na którą to się udaję, sofo witaj, książko witaj, co za wieczór z przygodami!